Top
W obliczu izolacji – wywiad z Sigríður Hagalín Björnsdóttir – Szwedzki Stół Filmowy
fade
3986
post-template-default,single,single-post,postid-3986,single-format-standard,eltd-core-1.1.1,flow-ver-1.3.6,,eltd-smooth-page-transitions,ajax,eltd-blog-installed,page-template-blog-standard,eltd-header-type2,eltd-sticky-header-on-scroll-up,eltd-default-mobile-header,eltd-sticky-up-mobile-header,eltd-dropdown-default,wpb-js-composer js-comp-ver-5.0.1,vc_responsive

W obliczu izolacji – wywiad z Sigríður Hagalín Björnsdóttir

W obliczu izolacji – wywiad z Sigríður Hagalín Björnsdóttir

 

Wyspa to twój literacki debiut, historia oparta na przerażająco prawdopodobnej wizji Islandii, która traci łączność z resztą świata. Zanim jednak przeniesiemy się w przyszłość, cofnijmy się trochę w czasie – czy jako dziecko czułaś w jakimkolwiek stopniu izolację, o której piszesz w książce? Jak wyglądało dorastanie na małej wyspie pośrodku oceanu?

Dorastałam na przełomie lat 70. i 80. Wtedy chyba wszystko było trochę bardziej odizolowane od świata, niż teraz. Wychowywałam się w Reykjaviku, ale lato spędzałam na małej farmie w południowej części Islandii. Opis tej wioski znajduje się nawet w książce. Zawsze uwielbiałam to miejsce, ale faktycznie – uczucie izolacji towarzyszyło mi bardzo często. Żeby z nim walczyć jako społeczeństwo, zawsze staraliśmy się nosić właściwe ubrania, mówić właściwe rzeczy – tak, jak ludzie w Londynie, Nowym Yorku, chcemy być kosmopolitami.

Bo to wpisuje Islandię w szerszy kontekst międzynarodowy. Czy to właśnie ta chęć przełamania izolacji i większego połączenia z resztą świata sprawiła, że zostałaś dziennikarką?

Ten zawód wybrałam głównie dlatego, że byłam bardzo zafascynowana demokratyczną misją dziennikarstwa. Z drugiej strony – mój ojciec jest dziennikarzem, w ogóle pochodzę z rodziny dziennikarzy. Chyba po prostu zostałam wychowana na dziennikarkę.

Skąd w takim razie pomysł na napisanie książki? Miało na to wpływ jakieś konkretne wydarzenie?

Nie, to stary pomysł, który nosiłam w sobie przez jakieś piętnaście lat. Ale zawsze myślałam, że napisanie książki o Islandii, która jest kompletnie odizolowana od reszty świata jest czymś zbyt oczywistym jak na pisarkę z Islandii. Czekałam, aż ktoś inny wykorzysta ten koncept i zbuduje na tej podstawie historię. Ale mijały lata i w końcu uświadomiłam sobie, że muszę to zrobić ja. Zdecydowałam, że po prostu usiądę i to napiszę.

Trochę tak, jakby ta historia czekała specjalnie na Ciebie.

W pewnym sensie tak, uważam, że trzeba podążać za swoimi impulsami.

Zastanawia mnie, jak wyglądał cały proces twórczy nad Wyspą?

To było totalnie przerażające i jednocześnie bardzo interesujące doświadczenie. Zdecydowałam, że wezmę w pracy trzymiesięczny urlop, usiadłam i po prostu zaczęłam pisać. Myślałam nad tą historią tak długo, że samo pisanie przyszło mi zadziwiająco łatwo, w pewnym sensie wszystko ze mnie po prostu wypłynęło. Ale początkowo pisałam tylko dla siebie. Po trzech miesiącach skończyłam i wróciłam do pracy, książkę schowałam do szuflady i nawet nie miałam zamiaru jej ponownie dotykać. Ale potem pokazałam ją mojemu mężowi, on z kolei powiedział, żebym pokazała to naszej znajomej, która jest redaktorką. Ona stwierdziła, że muszę to wydać. Tak to się zaczęło.

Jak bardzo w tym wszystkim czerpałaś ze swojej wiedzy wyniesionej z pracy w mediach i z dobrej orientacji w świecie polityki?

Wydaje mi się, że związek pomiędzy światem mediów i polityki, jaki przedstawiam w książce, w dużej mierze oparty jest na moich własnych doświadczeniach. Podobnie jak idea reportowania tego, co dzieje się w małej społeczności, w której wszyscy się znają, w której ciągle wpadasz na któregoś ze swoich znajomych ze szkolnej ławki. Na Islandii wszyscy jesteśmy ze sobą spokrewnieni na przestrzeni sześciu, siedmiu pokoleń, tam każdy jest twoim kuzynem. A ja chciałam to pociągnąć jeszcze dalej i zobaczyć, gdzie mnie to doprowadzi. Kiedy zaczynałam pisać, nie wiedziałam, jak to się skończy, nie wiedziałam, że skończy się tak źle (śmiech).

 

  Fot. @szwedzkistolfilmowy

 

 Fot. pinterest

 

A odwiedzałaś kiedykolwiek oficjalną stronę Islandii?

Nie, nigdy tam nie zaglądałam.

Znajduje się tam krótki opis wyspy, który brzmi następująco: „Islandia to kraj wyraźnych kontrastów. Miejsce, w którym ogień i lód współistnieją. W którym dni polarne rekompensują zimowe mroki. Kraj, w którym wyspiarska egzystencja pobudziła rozwój bogatej, tętniącej życiem kultury.” Co myślisz, kiedy te słyszysz te słowa?

Że mamy o sobie bardzo wyidealizowane, romantyczne wyobrażenie. Z nikim nie dzielą nas żadne bezpośrednie granice. Jako naród mieszkający na środku oceanu wiedziemy całkiem nieskomplikowane życie. To wpływa na to, że mamy zaburzony obraz samych siebie. Jesteśmy małą, spokojną wyspą, nikomu nie przeszkadzamy, jesteśmy potomkami Wikingów. Takie bzdury z założenia mają jednoczyć naród i jednocześnie brzmieć zachęcająco dla turystów, ale w rzeczywistości przyczyniają się do wykluczenia innych. Islandczycy są niedostępni, ciężko wejść w daną społeczność. Ta romantyczna wizja ma zdecydowanie swoje ciemne strony.

Myślisz, że to wynika ze wspomnianego przez Ciebie położenia Islandii, może to po prostu wspólna cecha, nieodłączny element mentalności ludzi z Północy? Podobne rzeczy często słyszy się o Szwecji – że to kraj indywidualistów, ludzi zdystansowanych i niedostępnych.

Coś w tym jest i wynika to pewnie z tego, że jesteśmy ze sobą blisko spokrewnieni. Ale wydaje mi się, że na Islandii jest to dużo bardziej widoczne. Ze względu na izolację, i ze względu na to, że jest nas tak mało dajemy sobie przyzwolenie, żeby myśleć, że tylko my się liczymy. A to nie do końca tak działa.

Ale ty jesteś daleka od idealizowania obrazu wyspy. W książce snujesz bardzo pesymistyczną, dystopiczną wizję kraju, w którym upadają wszystkie demokratyczne wartości. Jak zareagowało na to islandzkie społeczeństwo?

Szum wokół książki zupełnie przerósł moje oczekiwania. Oczywiście, nie wszyscy byli zadowoleni, że coś takiego powstało, ale większość reakcji na książkę była pozytywna. Niektórzy mówili nawet, że dopiero ta pozycja skłoniła ich spojrzenia z innej perspektywy na wiele rzeczy – na przykład na to, jaki mamy dostęp do żywności, mało kto na Islandii pamięta czasy głodu. Wyszłam od różnych wydarzeń w takich krajach jak Syria, Kongo, Federalna Republika Jugosławii i umieściłam Islandczyków w podobnych kontekstach, stawiając pytanie: Jak ty byś zareagował w takiej sytuacji? W sytuacji, gdzie zawiodła demokracja, gdzie cywilizacja w zasadzie upada. To, co jest w książce, jest moim wnioskiem, nie mogę być pewna, że to dobry wniosek – ale mi wydaje się on bardzo logiczny.

Na pewno jest bardzo prawdopodobny. Ale nawiązując do negatywnych komentarzy, o których właśnie wspomniałaś – myślisz, że to  forma zaprzeczenia, albo wyparcia przez islandzkie społeczeństwo faktu, że mogłoby postąpić tak, jak to opisujesz w książce?

Negatywne reakcję są na pewno związane z pozycją literatury historycznej na Islandii, i z tym, jak pisze się zarówno o przeszłości i rzeczywistości na wyspie. Jeśli w swojej pracy w jakimś stopniu zbliżasz się do czystej fikcji, albo zakrawasz o science-fiction, ryzykujesz, że zrobisz coś niemodnego, wiele osób po prostu nie lubi takiej spekulacyjnej fikcji – uważają, że nie jest poważna. Ja się oczywiście z tym nie zgadzam. Ale nie otrzymałam negatywnych opinii odnoszących się stricte do kwestii politycznych, które podejmuje w tej historii. Kilka razy zdarzyło się nawet, że kontaktowały się ze mną islandzkie ministerstwa, wydziały bezpieczeństwa i banki, które chciały przedyskutować ze mną na przykład kwestię tego, że nie mamy żadnych konkretnych zapasów jedzenia, bo nikt nigdy nie pomyślał, że coś takiego może się wydarzyć.

 

Jeśli w społeczeństwie nie ma zaufania, cierpi na tym cała debata.

 

 

Czytając wyspę nie da się nie zauważyć, że bardzo krytycznie podchodzisz do roli i działań mediów – czy to widoczny trend na Islandii?

Sądzę, że cały świat zmierza w podobnym kierunku. Na Islandii też walczymy z kontrolowaniem krajowych mediów. W tej kwestii prowadzimy takie same debaty, jak wszędzie na świecie. Być może w Europie dzieje się to w bardziej oczywisty sposób. Myślę, że konfrontacja i ścieranie się różnych sił jest ważna, a gdzieś po środku trzeba wypracować zdrową demokrację – w kraju musi istnieć władza ustawodawcza, wykonawcza, niezależna władza sądownicza, media i wyedukowane społeczeństwo, które będzie miało różne opinie. Samo posiadanie różnych opinii jest oznaką dobrej demokracji.

Temat władzy i tego, jak może manipulować swoim społeczeństwem to też bardzo ważna kwestia w twojej książce. Z perspektywy historycznej takie działania to nic nowego. Żydowska pisarka i psycholog Hédi Fried pisze, że ograniczenie wolności i praw obywateli zawsze dzieje się stopniowo i niezauważalnie, zmiany na gorsze następują krok po kroku – my uczymy się z tym żyć, aż nagle okazuje się, że znajdujemy się pośrodku tragedii. Jak dostrzegać takie zjawiska i być ich bardziej świadomym?

Myślę, że zarówno media, jak i społeczeństwo nigdy nie mogą bać się zadawania trudnych pytań. To też jest centralną osią książki – musisz zadawać pytania, być krytycznym. Nawet jeśli boisz się odpowiedzi, nigdy nie możesz przestać zadawać pytań niewygodnych dla władzy. Chciałam, żeby Wyspa pokazała, jak ważne są takie trudne pytania. I jak kruche są cywilizacja i demokracja – jeśli wyrwiesz z krzesła jedną nogę, cała konstrukcja się przewróci.

A z jakim problemami zmaga się obecnie Islandia?

Z wieloma. Przede wszystkim z brakiem zaufania spowodowanym ekonomicznym kryzysem w 2008 roku. Zaufanie pomiędzy politykami, społeczeństwem i mediami w zasadzie nie istnieje. A to poważny problem. Jeśli w społeczeństwie nie ma zaufania, cierpi na tym cała debata. Poza tym jesteśmy społeczeństwem plemiennym, wszystko skupia się wokół rodziny, do której należysz – to z kolei napędza nepotyzm. To pewnie problemy, z którymi zmaga się wiele społeczeństw, ale fakt, że nas jest tak mało sprawia, że to wszystko jest bardziej widoczne. Oczywiście to także bezpieczny kraj, ale ma swoje słabe strony, którym musimy spojrzeć w oczy i postarać się je naprawić. Jak na przykład problem nierównych płac- kobiety w dalszym ciągu zarabiają mniej niż mężczyźni.

Zatrzymując się chwilę przy kryzysie ekonomicznym w 2008 roku – jedna ze scen w książce rozgrywa się w Harpie, siedzibie Orkiestry Symfonicznej i Opery Islandzkiej. Zastanawiam się, czy ta scena ma charakter symboliczny? Harpa była komunikowana jako ważny symbol nowej, dobrze prosperującej Islandii podnoszącej się z tego kryzysu.

Pomyślałam o tym dopiero po napisaniu książki. Umówiłam się na lunch z koleżanką, byłam blada i nieuczesana kiedy do mnie przyszła. Na wejściu powiedziałam jej przejęta: Właśnie wysadziłam Harpę! To nie miało być nic symbolicznego, tak się po prostu złożyło. Ale rozumiem, że to może być symbol cywilizacji wysadzanej w powietrze.

Cywilizacji i kultury – w Wyspie to właśnie kultura i sztuka stają się pierwszymi ofiarami reform i kończących się zasobów finansowych. Kiedy zaczyna się walka o przetrwanie, sztuka nie ma dla większości żadnego znaczenia.

Na Islandii zawsze istniał podział w kwestii kultury – oryginalnie jesteśmy przecież narodem farmerów i rybaków. Zawsze podkreślano, że trzeba się jakoś utrzymać, zapewnić pożywienie, robić coś pożytecznego. Było nawet takie powiedzenie, że nie zjesz tego, co czytasz. Ta debata jest ciągle aktywna, pojawiają się głosy, że nie powinniśmy inwestować tyle w Orkiestrę i tak skupiać się na sztuce, bo to nie jest praktyczne.

Ale czy w kulturze nie ma czegoś bardzo demokratycznego? Jak wykształcić społeczeństwo odbierając mu dostęp do sztuki i kultury?

Uważam, że to jak najbardziej podstawowy element demokracji – dlatego decyzja o zbudowaniu Harpy była według mnie najlepszą decyzją w czasie kryzysu ekonomicznego. Inaczej w jej miejscu zostałaby tylko dziura w ziemi. Dobrze, że ktoś pomyślał: Nie mamy pieniędzy, ale co tam, będziemy grać muzykę!

   

Jeśli przyjrzymy się bliżej twoim bohaterom – z jednej strony Hjalti – przeciętny mężczyzna w średnim wieku, dziennikarz, z wieloma porażkami na koncie, z drugiej – silna i niezależna polityk, która stoi na czele całej machiny i ma w swoich rękach całą władzę. Co ich łączy?

Wydaje mi się, że obydwoje starają się postępować słusznie. Decyzje Hjaltiego są bardzo personalne. Kiedy przestaje być częścią tego medialnego kłamstwa w pewnym sensie odkupuje swoje winy. Elin z kolei ma w sobie coś matczynego – nie jest typową żelazną damą, zawsze stara się podejmować dobre decyzje. Jest ambitna, bierze odpowiedzialność za kraj, kiedy nie może tego zrobić nikt inny. Poza tym wszyscy bohaterowie w książce są częścią mnie, do wszystkich jestem tak samo przywiązana. 

Powiedzmy, że historia wyspy dzieje się tu i teraz – co możemy zrobić, żeby uratować jej bohaterów?

Nic nie przeraża mnie bardziej niż ludzie, którzy się boją. Masy przestraszonych ludzi są najbardziej niebezpiecznym zjawiskiem, z którym może nam przyjść się zmierzyć. Sytuacja, w której musisz walczyć o swoje życie  i masz dwa wybory – być odważnym i podejmować moralne decyzje, albo zadbać o swoje bezpieczeństwo i wybrać tę bardziej egoistyczną ścieżkę. Mam nadzieję, że ja podjęłabym odważną decyzję, nawet jeśli musiałabym oddać za to życie. Ale tak naprawdę nie wiem, jak bym postąpiła – nikt tego nie wie. Możemy mieć najlepsze intencje, starać się ratować sytuację, ale i tak możemy wylądować po złej stronie. Wizja w mojej książce jest oczywiście pesymistyczna, ale starałam się też zostawić trochę miejsca na nadzieję.

Nadzieja umiera przecież jako ostatnia. Na koniec mam jeszcze dla Ciebie małą grę – wymienię za chwilę kilka słów – chciałabym, żebyś odpowiedziała pierwszym skojarzeniem, które przychodzi Ci do głowy.

Jasne!

Wyspa

Izolacja.

Społeczeństwo

Miłość.

Solidarność

Nacjonalizm.

Dziennikarstwo

Oddanie.

Miłość

Poświęcenie.

 

Rozmawiałyśmy z autorką książki Wyspa. Książka w przekładzie Jacka Godka ukaże się na rynku nakładem Wydawnictwa Literackiego już 15 lutego! Dziękujemy za egzemplarz recenzencki!

Szwedzki Stół Filmowy