Top
Nina Witoszek: Nigdy nie byłam fanką Norwegii – Szwedzki Stół Filmowy
fade
4085
post-template-default,single,single-post,postid-4085,single-format-standard,eltd-core-1.1.1,flow-ver-1.3.6,,eltd-smooth-page-transitions,ajax,eltd-blog-installed,page-template-blog-standard,eltd-header-type2,eltd-sticky-header-on-scroll-up,eltd-default-mobile-header,eltd-sticky-up-mobile-header,eltd-dropdown-default,wpb-js-composer js-comp-ver-5.0.1,vc_responsive

Nina Witoszek: Nigdy nie byłam fanką Norwegii

Nina Witoszek: Nigdy nie byłam fanką Norwegii

 

 

Jest pierwszą Polką, która komentowała i pisała felietony dla największego norweskiego dziennika „Aftenposten”, a przez inny, „Dagbladet”, została uznana za jednego z dziesięciu najwybitniejszych intelektualistów mieszkających w Norwegii. O różnych odcieniach kraju dobrobytu rozmawiamy z panią profesor Niną Witoszek, autorką książki „Najlepszy kraj na świecie”.  

Kiedy we wrześniu 2008 roku leciałam z Krakowa do Oslo, siedziałam obok rozmownego starszego Pana, który zapytał mnie: ,,To pani jest tą polską Niną, która tak brzydko pisuje o Norwegii?” – fragment książki Niny Witoszek „Najlepszy kraj na świecie”, Wydawnictwo Czarne, przekład: Mariusz Kalinowski.

 

 

 

 

 

Pytanie na rozgrzewkę, którego nie mogę nie zadać – jak to się stało, że mieszka Pani w Norwegii?

To był przypadek. W 1981 wjeżdżałam do Kopenhagi, gdzie miałam się przesiąść na samolot do Polski, ale już nie zdążyłam, bo wybuchł stan wojenny… utknęłam w Danii.

Miała tam Pani jakieś kontakty?

Nie, i nie wiedziałam, co dalej. Znałam dwie norweskie dziennikarki, z którymi się skontaktowałam. Powiedziały, żebym przyjechała do Norwegii. Tak też zrobiłam. Wyglądałam trochę skandynawsko, więc nie musiałam nawet pokazywać paszportu na granicy.

Czy to był dobry wybór? Jakie były Pani pierwsze wrażenia?

Szczerze mówiąc, na początku przeraziłam się Norwegią. Przyjechałam w środku zimy – nocą, to był weekend i wszystko było zamknięte. Na ulicach ciężko było dostrzec jakichkolwiek ludzi. I to w stolicy kraju. Po roku zdecydowałam się na wyjazd do Anglii i bardzo długo mieszkałam w Irlandii.

 

 

A jednak po czasie wróciła Pani do Norwegii…

Tak się ułożyło moje życie. Na Północ wróciłam dopiero wtedy, gdy zaproponowano mi pracę na Uniwersytecie w Oslo. Miałam już norweski paszport, który dostałam jako uchodźca. Oczywiście mogłam też wrócić do Polski, ale Norwegia mnie intrygowała, nie potrafiłam jej rozgryźć, nie rozumiałam jej. Pod koniec lat 90. dostałam grant na napisanie książki. Po raz pierwszy ktoś miał spojrzeć na Norwegię z pozycji outsidera. Tak powstały „Norweskie mitologie natury” (oryg. „Norske naturmytologier: fra Edda til Arne Naess”).  

Jak wyglądała Pani praca nad tą książką?

Strasznie się przy niej napociłam (śmiech). Nigdy nie byłam fanką Norwegii, tylko bardziej jej anatomistą. Zawzięłam się i sama przestudiowałam całą historię i kulturę norweską. Zaczynając od Eddy do Næss’a i wszystko, co się zdarzyło między runami a współczesnością. Stopniowo coraz bardziej nawracałam się na Norwegię. Okazało się, że droga do państwa dobrobytu była niezwykle ciekawa, a metamorfoza z walecznego wikinga do potulnej owieczki też ma interesującą genezę. Moim odkryciem było to, że w Norwegii nie istniał nigdy romantyzm. Zamiast tego panowało pastoralne oświecenie, a gatunkiem narodowym jest kazanie (śmiech).

Norwegowie musieli być zachwyceni po przeczytaniu książki… Jakie były reakcje?

Wszyscy się na mnie śmiertelnie obrazili. Uważali, że to jest prowokacja, a ja zupełnie źle odczytuje historię kraju i ich teksty kultury. Zrobiła się wrzawa, bo Norwegowie od zawsze uważali się za romantyków. Prawda – mieli ich kilku, ale nie powodziło im się najlepiej w ojczyźnie. Najważniejszego z nich – Wergelanda uważali za przypadek kliniczny. Studiowałam prasę norweską z tego okresu i wiem, że atakowano niemieckich, angielskich, polskich twórców tego nurtu. To był zabawny paradoks, bo Północ jawiła się europejskim intelektualistom jako bardzo romantyczne miejsce. Jednak sami zainteresowani byli pragmatykami i tak naprawdę nie rozumieli romantyzmu.

Rozpoczęła Pani ogólnokrajową dyskusję o tym, jaka jest Norwegia w oczach przybysza z zewnątrz – polska profesorka stała się specjalistką od Norwegii?

Książka była pod tym względem pionierska i miała bardzo dużo recenzji. Faktycznie różne norweskie gazety zapraszały mnie do pisania esejów, stałam się osobą publiczną. Dostałam też nagrodę od Norwegów, więc moja praca chyba została doceniona.

 

Profesor Nina Witoszek, fot. Gazeta Wyborcza

 

Czyli po tym pierwszym bolesnym ciosie Norwegowie się otworzyli na dalsze operacje na otwartym sercu ich historii i kultury?

Można tak powiedzieć. Wiele się u nich na przestrzeni lat zmieniło. Norwegia, którą zostawiłam w 84‘, a Norwegia, do której wróciłam już w nowym tysiącleciu, to dwa zupełnie różne miejsca. I nie mówię tylko o tym, że można już robić zakupy w weekend (śmiech). To u podstaw chłopskie społeczeństwo ma dzisiaj bardzo międzynarodowe oblicze. Panuje otwartość na krytykę i dystans do siebie. Norwegowie stali się niezwykle hojni dla tych, którzy przychodzą z zewnątrz i opowiadają im jaki jest ich kraj nie unikając krytycznych kazań. Widać u nich odprężenie i dystans. Coś, czego nam na przykład brakuje.

Ale czy ta akceptacja nie jest zbyt ekstremalna? Norweska bezkofeinowość i poprawność polityczna musi mieć swoje granice.

Norwegowie mają małą tolerancję dla ludzi i zjawisk ekscentrycznych, odbiegających od norm. Moim zdaniem wynika to z tego, że u podstaw są społeczeństwem chłopskim, a Ci są z natury nieufni i nie lubią tych, którzy się wychylają. Jest z tym związana zabawna anegdota. W latach 30. przyjechał do Norwegii Einstein, który uciekał przed nazistami. Zebrała się komisja na uniwersytecie w Oslo, która miała rozważyć kandydaturę fizyka na stanowisko profesorskie na uczelni. W międzyczasie zebrała się też druga komisja, która stwierdziła, że jest to wykluczone, ponieważ Einstein jest zbyt wybitną postacią. Musiałby dostać potrójna stawkę, co byłoby nie w porządku w stosunku do reszty składu na uczelni. Kto w ogóle wpadł na tak niedorzeczny pomysł…

Brzmi to szczerze mówiąc lekko absurdalnie…

Ciągle widać tą niechęć do jednostek wybijających się. Poza sportowcami, którzy są traktowani jak gwiazdy.

Koniec unii norwesko – szwedzkiej na początku XX wieku to był Pani zdaniem koniec „gejzeru kreatywności” – skąd ta zależność?

To będzie trochę prowokacyjne, ale to, co uważam za arcydzieła literatury, architektury, czy designu norweskiego powstało w czasie panowania szwedzkiego. Norwegowie chcieli dorównać ,,Wielkiemu Bratu”. Szwecja wywierała pewnego rodzaju szantaż kreatywny. Mobilizacją była też chęć odzyskania niepodległości. Wydaje mi się, że napięcia zawsze powodują wybuch kreatywności. W narodzie norweskim ścierały się nurty proeuropejski oraz prochłopski, któremu z inteligentami było nie po drodze. To doprowadziło do opuszczenia kraju przez wielu wybitnych intelektualistów, dzięki którym Norwegia jest dziś znana na całym świecie – np. Ibsen czy Munch.

 

Edward Munch „Krzyk”, fot. Wikipedia

 

Czym różni się Norwegia sprzed odkrycia ropy, w stosunku do Norwegii po ropie?

Norwegia wzbogacała się pozytywnie. Pojęcie nowobogactwa budzi raczej negatywne konotacje, ale na pewno nie w tym kontekście. Nie ma tu ostentacyjności. Jak przyjechałam do Norwegii po raz pierwszy to zauważyłam, że tam jest trochę tak, że bogactwo budzi poczucie zawstydzenia. Chłopska mentalność nie minęła. Ci którzy mają pieniądze chętnie kupują prymitywne chatki w lasach z toaletami na zewnątrz. Bliskość z naturą, nawiązująca do tradycji przodków, to jest dla nich coś ważnego. Jest w nich sporo pokory. Jak Marit Bjørgen (norweska biegaczka narciarska, piętnastokrotna medalistka olimpijska), to obcałowuje konkurentów. Mam wrażenie, że ona to robi autentycznie, dziękując za dobrą rywalizację, bo to oni zmotywowali ją do zwycięstwa.

Czego możemy się uczyć od mieszkańców najlepszego kraju na świecie?

Partnerstwa i współpracy z drugim. Altruizmu, który jest lekiem na znieczulicę. Co warto podkreślić – nie zmieniło ich bogactwo. Przeciętność też ma urok, można ją celebrować i nie ma w niej nic złego. Codzienność i prozaiczność może być natchnieniem i obiektem kontemplacji. Kobiety mają w sobie dużo mądrości i strategicznego myślenia, więc bardzo dobrze radzą sobie w rządzeniu. W Norwegii to kobiety trzęsą krajem i robią to z wielką mądrością.

 

 

Fot. Szwedzki Stół Filmowy

 

Książka ,,Najlepszy kraj na świecie” w przekładzie Mariusza Kalinowskiego ukazała się nakładem Wydawnictwa Czarne. Dziękujemy za egzemplarz recenzencki!

 

Szwedzki Stół Filmowy