Top
Ilona Wiśniewska: Już nie boję się ciszy – Szwedzki Stół Filmowy
fade
4534
post-template-default,single,single-post,postid-4534,single-format-standard,eltd-core-1.1.1,flow-ver-1.3.6,,eltd-smooth-page-transitions,ajax,eltd-blog-installed,page-template-blog-standard,eltd-header-type2,eltd-sticky-header-on-scroll-up,eltd-default-mobile-header,eltd-sticky-up-mobile-header,eltd-dropdown-default,wpb-js-composer js-comp-ver-5.0.1,vc_responsive

Ilona Wiśniewska: Już nie boję się ciszy

Ilona Wiśniewska: Już nie boję się ciszy

Reporterka i fotografka, dzięki której tysiące Polaków udało się w literackie podróże do najdalszych zakątków Północy. Jej książki Białe. Zimna wyspa Spitsbergen oraz Hen. Na północy Norwegii (wyd. Czarne) zebrały bardzo dobre recenzje, a sama autorka była nominowana do Nagrody Newsweeka im. Teresy Torańskiej, tytułu Kobiety Roku 2015 w plebiscycie portalu wp.pl oraz Nagrody im. Beaty Pawlak. Za swoją najnowszą książkę otrzymała nominację do nagrody im. Ryszarda Kapuścińskiego w kategorii Reportaż Literacki 2018. 

 

Zamarznięte morze wiosną to na Grenlandii ląd.

 

Rozmawiamy dzisiaj o książce Lud. Z grenlandzkiej wyspy, ale to nie jest Twoja pierwsza literacka wyprawa na Północ. Najpierw Spitsbergen, potem północna Norwegia, teraz grenlandzka wyspa – dlaczego właśnie to miejsce?

Dlatego, że ta wyspa jest niewidzialna na globusie, nie ma jej na planie świata, który oglądasz. A tak na poważnie, nie chciałam pisać książki o całej Grenlandii, bo jest za duża i to by było zbyt karkołomne przedsięwzięcie. Pomyślałam, że pojadę na taką małą wyspę, która być może skupi w sobie rzeczy, które mnie interesują we współczesnej Grenlandii. Nie wiem, czy to się udało, ale na pewno jest to reprezentatywny zbiór osób, który mieszka w takim miejscu. Drugim powodem, dla którego pojechałam na tę konkretną wyspę, był tekst, który przeczytałam o znajdującym się tam domu dziecka, w którym chciałam się zatrudnić, żeby zrobić coś dobrego dla społeczności, do czegoś się przydać.

Książka zaczyna się właśnie przedstawieniem tego miejsca, które jest zupełnie obce nie tylko geograficznie, ale także jeśli chodzi o specyfikę samej placówki, jaką jest dom dziecka. Egzotyka, ale nie w podróżniczym tego słowa znaczeniu.

Mnie podróżnicze rzeczy nie interesują, nie jestem podróżnikiem. To są trudne tematy, ale dom dziecka daje też nadzieję, że życie tych dzieci będzie teraz lepsze, łatwiejsze i trochę bardziej bezpieczne, nawet jeśli wcześniej było bardzo trudne. Nie mogę mówić o tym, z jakimi problemami mierzą się wychowankowie domu dziecka, bo to tajemnica i podpisałam klauzulę, nie do końca chodzi też o to, żeby o takich rzeczach opowiadać – nie o tym ostatecznie jest ta książka. To jest tylko mój punkt wyjścia. Jestem po filologii polskiej ze specjalizacją nauczycielską i pomyślałam, że mogę tak wykorzystać swoje doświadczenie. Bardziej niż na przykład w przetwórstwie rybnym. Finalnie pomagałam tylko w sprzątaniu i gotowaniu. Trzeba wiedzieć, jak można pomóc dzieciakom z traumą, a do tego nie miałam przygotowania. Nikt też tego ode mnie nie oczekiwał.

 

Jak wyglądały przygotowania do wyjazdu na odległą grenlandzką wyspę?

To był złożony proces. Z jednej strony próbowałam się kontaktować z domem dziecka jeszcze przed wyjazdem na wyspę, ale nikt mi nie odpowiedział. Poleciałam więc nie wiedząc, czy uda mi się zahaczyć w ośrodku. W samolocie spotkałam przez przypadek szefową tej placówki i ona wyraziła zgodę. Jeśli chodzi o bardziej praktyczne aspekty samej podróży, to bardzo pomógł mi przyjaciel Norbert Pokorski, który jest polarnikiem, a na koncie ma samotne podróże na północną Grenlandię. Dzielił się ze mną swoimi doświadczeniami, opowieściami i powiedział: – Przygotuj się, że różne rzeczy mogą cię zaskoczyć, ale przede wszystkim kup sobie ciepły śpiwór, bo wiesz, gdzie akurat przyjdzie ci spać. Norbert przygotował mnie także na to, że jako osoba niejedząca mięsa mogę zapomnieć o utrzymaniu tej diety. I z tą świadomością pojechałam, gotowa na to, że będę jadła mięso w różnej postaci. Nie jadłam zgniłego, o którym wspominał. To nie jest lokalny specjał, więc to mnie akurat ominęło.

Co w takim razie zaskoczyło Cię najbardziej w czasie Twojej wyprawy?

Wszystko mnie zaskakiwało i to jest najfajniejsze. Pojechałam tam bez żadnych oczekiwań, uprzedzeń, bez wyobrażenia, jak to będzie wyglądało na miejscu. Fajnie przekonać się, że nic nie wiesz, mimo że jesteś ukształtowanym, dorosłym człowiekiem, który teoretycznie ma już jakąś wiedzę o Północy, bo mieszka tam od 8 lat. Każdy dzień mnie zaskakiwał i wiele przewartościował w moim życiu.

Henrik, jeden z bohaterów.

 

Czy możemy powiedzieć, że z dotychczasowych reportaży, które napisałaś, teraz mamy do czynienia z tym najbardziej osobistym?

Coś w tym może jest. To była samotna wyprawa. Pisząc o Spitsbergenie, pisałam o moich przyjaciołach i żyłam tam już od trzech lat. Z Norwegią było dokładnie tak samo, bo też już tam wcześniej jeździłam, tutaj byłam sama. W miejscach jak wyspa Uummannaq nagle przypomina ci się, za kim tęsknisz. Dlatego w najnowszej książce jest tyle odniesień do moich rodziców, do domu, z którego pochodzę, do tego, co zaczynam doceniać. Pracując w domu dziecka i zderzając się z ludźmi, którzy walczą z traumą, cieszę się że jestem z fajnego domu i tej traumy nie mam. Dlatego ta książka musiała być trochę osobista.

 

Ummannaq widziane z zamarzniętego morza.

 

Co tylko dodatkowo ją wzbogaca. Opowiedz nam troszkę o bohaterach, czyli mieszkańcach Uummannaq, czym różnią się od innych opisywanych przez Ciebie już wcześniej mieszkańców Północy?

Ja znam mieszkańców Spitsbergenu. Różnią się przede wszystkim tym, że na zasiedlanych przez siebie terenach są od wieków. Przetrwali mimo tak trudnych warunków. Dlatego, że wymagał od nich tego klimat, w którym się urodzili i w którym cały czas żyli. Poza tym, Grenlandczycy różnią się od reszty społeczeństw na Północy tym, że ciągle się chichrają i to jest chyba w nich najlepsze. Oni zupełnie niechcący uczą też tego śmiechu innych. Zaczynasz dostrzegać, ile w takich trudnych miejscach, przy tych niekiedy ciężkich historiach, jest pogody ducha, która zdaje się nie opuszczać ludzi.

To bardzo ciekawe, a skąd u nich tyle uśmiechu?

To jest bardzo nowoczesne społeczeństwo, ale z drugiej strony bardzo nienowocześnie żyjące, blisko siebie i blisko natury. Oni są takimi nami sprzed wieków. Życia w tym srogim klimacie nie można traktować tak bardzo serio. Śmiech to jest bardzo naturalna cecha, którą ludzie często tracą, przez wszystkie schematy, w które jesteśmy wtłaczani. Tam jest zupełnie inaczej, skraca się dystans, który wytwarzamy między sobą. Gdy ktoś cię poznaje, to cię przytula, uścisk dłoni trwa dłużej. Takie gesty bardzo mnie cieszyły.

To, co mówisz jest trochę smutne, faktycznie sami stawiamy między sobą bariery.

To są podstawowe rzeczy – kontakt międzyludzki. Bliskość, to, że ludzie się dotykają. To jest coś bardzo grenlandzkiego – nie norweskiego, nie duńskiego.

 

Ilona Wiśniewska (źródło festiwalnaszage.pl)

 

A co z tematami kontrowersyjnymi, jak na przykład duński kolonializm?

Nie pojechałam tam kształtować sobie opinii na ten temat tylko po to, żeby dać Grenlandczykom głos. Chciałam pokazać, jak skomplikowany jest to temat. Historie mieszkańców bardzo mnie wzruszyły. Kolonializm bardzo mnie interesuje i chciałam pokazać wielowymiarowość tego problemu. Ale daleka jestem od jakiegokolwiek oceniania. Poza tym, trzeba pamiętać, że narracja z jednego miejsca nie będzie taka sama w innym miejscu. Każdy ma prawo do swoich poglądów na temat tego, jak ten kraj powinien wyglądać. Jeżeli możemy pokusić się o jakieś zdanie podsumowujące ten temat, to Grenlandia powinna być niepodległa, ale jeszcze nie teraz, że to musi być za jakiś czas, ale nikt nie wie kiedy.

 

Oprócz Grenlandczyków, ważnymi bohaterami książki stają się też poniekąd charakterystyczne składowe krajobrazu Północy – lód i cisza. Potrafisz opisać je tak, że człowiek jest w stanie to prawie fizycznie poczuć. Jak Ty to robisz?

To ciekawe, że masz takie odczucia.

 

Rzadko kiedy mam okazję odciąć się na tyle, żeby doświadczyć ciszy na własnej skórze. Udało mi się to paradoksalnie czytając Twoją książkę.

Zobacz, jak ludzie boją się ciszy. Kiedy człowiek wyjedzie z miasta, gdzieś do lasu, to i tak będzie jechał z głośniczkiem przyczepionym do telefonu, żeby słuchać muzyki. Ja się już ciszy nie boje, tak jak zimna, ale to też wymagało ode mnie dużo czasu. To nie jest tak, że ja pojechałam na Spitsbergen i od razu odnalazłam swoje miejsce na ziemi. Ciężko było odnaleźć się w tej ciszy, a teraz nie mogę znieść hałasu. Wykańczają mnie podróże do Warszawy – nie ma horyzontu i nikt na siebie nie patrzy (śmiech). O ciszy najlepiej w ogóle nie pisać. Ale jak już próbuje, to staram się używać metafor i widocznie to pomaga czytelnikom w przeżyciu tego doświadczenia.

 

Za co jesteśmy Ci wdzięczni, bo przypominasz o tym, co wraz z postępem cywilizacyjnym tracimy.

Ciekawą rzecz powiedział mi jeden z moich bohaterów – malarz, który pracując nad swoją twórczością zauważył, że ludność utraciła swoją mimikę. W zetknięciu z ludźmi dużo mniej ekspresyjnymi, jak na przykład Duńczycy, którzy nie wyrażają swoich emocji twarzą, zaczęło się to udzielać ludności lokalnej. Zmarszczki, których jest coraz mniej, brak ruchu brwi. Na jednym z moich spotkań autorskich, jedna z uczestniczek cały czas się uśmiechała. Znałam ten uśmiech. Okazało się, że przez pół roku mieszkała na Grenlandii. To była radość, która biła z oczu i którą spotkać można tylko tam, my nie potrafimy w ten sposób komunikować się ze światem.

 

Które spotkanie spośród tych wielu niezwykłych najbardziej zapadło Ci w pamięć?

Na pewno spotkanie z Gertem, którego widzimy na okładce książki. Nie ma go już wśród nas, chciałam oddać mu hołd.

Czy masz kontakt z innymi bohaterami książki?

Pewnie, z niektórymi udało mi się już spotkać. Nie wszyscy wychowankowie domu dziecka ze mną rozmawiali, ale ze wszystkimi jestem znajomymi na Facebooku. To ciekawe, bo w ten sposób nie trzeba rozmawiać, ale ma się ten niewerbalnym kontakt. Nie czuje się jeszcze gotowa na to, żeby tam wrócić. Gert miał tam być, mieliśmy się spotkać, ale na mnie nie poczekał (bohater książki Ilony Wiśniewskiej popełnił samobójstwo, przyp. red.), jest to dla mnie trudne, ale myślę że ten moment wkrótce nadejdzie.

 

Psy spędzają na lodzie kilka miesięcy.

 

Wrócisz i opowiesz, jak przyjęła się książka?

Książki już dawno zostały do nich wysłane!

 

Obawiasz się reakcji?

Nie, bo oni wiedzą, co jest o nich pisane. Opowiadałam im co jest w książce i pytałam, czy jest to ok.

 

Czy były historie, które nie pojawiły się w książce, bo bohater sobie tego nie życzył?

Nie, były takie które w książce się nie znalazły, bo taka była moja decyzja.

 

Już na sam koniec, chciałam zapytać o przepiękne fotografie Twojego autorstwa, które znajdziemy w książce. Kiedy odkryłaś u siebie pasje fotograficzną?

Ja od zawsze robiłam zdjęcia, bo u nas w domu zawsze robiło się zdjęcia. Zawsze był aparat. Rodzice są farmaceutami, więc mieli ciemnię w aptece. To były czary! Fotografia była dla mnie kiedyś bardzo ważna, teraz jest już trochę mniej. Jest już tak dużo zdjęć. Kiedy jestem w nowym miejscu, czuje się głupio z dużym aparatem. To niefajne, gdy ktoś Cię nie pyta, czy może zrobić Ci zdjęcie, a tak się bardzo często dzieje, kiedy turyści chcą fotografować lokalną ludność. Ja nie chciałam i nie chce być jedną z takich turystek. Nie wiem, czy moje zdjęcia, które znajdziecie w książce oddają skale i prawdziwe piękno wyspy.

To jest tak jak z tą ciszą, którą ciężko poczuć, a dzięki Twoim opisom wchodzimy w ten klimat. Zdjęcie pomagają czytelnikom odnaleźć się w świecie, który im przedstawiasz.

Czy po obejrzeniu tych zdjęć chciałabyś to miejsce odwiedzić?

Tak. Zdecydowanie. I za to oraz za naszą rozmowę bardzo Ci dziękuję.

 

Książka Lud. Z grenlandzkiej wyspy ukazała się nakładem wydawnictwa Czarne.

Rozmawiała: Kinga Kozaczka

Zdjęcia autorstwa Ilony Wiśniewskiej

 

 

 

 

Szwedzki Stół Filmowy