facebook
KATEGORIA: Film

Wiem, że nic nie wiem – o „Najgorszym człowieku na świecie” Joachima Triera

02/10/2022 ssf 1 min. czytania

Wyczekiwany przez nas moment w końcu nadszedł – Joachim Trier wraca z nowym filmem, w którym pokazuje portret zagubionego pokolenia, miotającego się między tym, czego należy chcieć, a tym, czego chce się tak naprawdę. Koncept nieszczególnie nowy, ale norweskiemu reżyserowi udało się pokazać ludzkie bolączki w tak angażujący sposób, że każdy z widzów będzie w stanie odnaleźć w tym obrazie cząstki swojej rzeczywistości. Przed Wami słodko-gorzka opowieść o dorastaniu, które jest niekończącym się procesem.


Trier po raz kolejny przedstawia nam bohaterów, którzy próbują zapanować nad swoim życiem, my zaś obserwujemy ich mniej lub bardziej nieudolne zmagania. Naszą główną bohaterką jest prawie trzydziestoletnia Julie, która poszukuje swojego życiowego powołania. Ścieżek jest wiele, pozostaje tylko pytanie, którą wybrać. Można powiedzieć, że w sferze uczuciowej Julie udało się osiągnąć względną stabilizację. Jest w związku ze starszym od siebie Akselem, autorem undergroundowego komiksu „Bobcat”, ale zdaje się, że para nie do końca patrzy w ty samym kierunku. Sprawy komplikują się jeszcze bardziej, gdy na horyzoncie pojawia się inny chłopak, którego życiowa energia i temperament zdają się bardziej odpowiadać głównej bohaterce.

Jedna z pierwszych refleksji, jakie przychodzą do głowy w trakcie seansu to fakt, jak często z ust bohaterów pada fraza „nie wiem”. To z jednej strony manifestacja stanu zagubienia, który ewidentnie towarzyszy Julie, z drugiej akt sporej odwagi (jak często lubimy przyznawać, że nie mamy pojęcia, czego chcemy w życiu?). Ciężko znaleźć coś trafniej opisującego pokolenie millenialsów (do którego się zaliczamy, jakby ktoś pytał). Dużo jest w tym filmie zabawy z konwencją komedii romantycznej, ale jak to się rzekło w  klasyku „500 days of Summer” Marca Webba – to nie jest historia miłosna, chociaż rozważań na temat współczesnych związków tu nie brakuje. Jednak niesprawiedliwym byłoby przypiąć tej produkcji taką łatkę. Formalnie film jest podzielony na prolog, po którym następuje dwanaście rozdziałów, a na końcu epilog. Każdy rozdział niesie ze sobą inny ciężar. Mamy trudniejsze emocjonalnie historie, w których bohaterowie konfrontują się ze sobą, mamy wspaniałą scenę w duchu musicalu, kiedy Julie biegnie przez zatrzymane w czasie Oslo, króciutki rozdział o seksie oralnym w dobie #metoo, a także zaskakującą scenę imprezową (nazwiemy ją tak enigmatycznie, żeby nie robić spoilerów). Nie ma tu przypadkowych elementów. Historia płynie, a my razem z nią. Trierowi, który jest starszy od swoich filmowych bohaterów, udało się uniknąć krytykowania czy moralizowania, a to często pułapka, w którą wpadają twórcy, próbujący nam wyjawić całą „prawdę” o człowieku.

W roli Julie najnowsze odkrycie aktorskie ze Skandynawii, czyli  Renate Reinsve, która świetnie oddaje młodzieńczą energię, a jednocześnie wewnętrzne rozedrganie swojej postaci. Anders Danielsen Lie w roli jej dojrzałego partnera nie pierwszy raz łamie nam serce. Trier obsadził go konsekwentnie we wszystkich swoich filmach zaliczanych do trylogii, czyli „Reprise. Od początku, raz jeszcze…”, poruszającym „Oslo, 31 sierpnia” i kończącym ją „Najgorszym człowieku na świecie”. Pod różnymi imionami zdaje się wcielać w tę samą postać, która dojrzewa na przestrzeni filmów. Wątek poszukiwania siebie i poczucia niedopasowania jest czymś, co na pewno łączy wszystkie filmy z serii. Patrząc na spacerującą pustymi ulicami Oslo Julie, przypominamy sobie Andersa, z którym przechodziliśmy przez norweską stolicę 10 lat temu.

Norweski reżyser bardzo skrupulatnie buduje swoje postaci nie tylko na poziomie scenariusza, ale także scenografii i kostiumów. Julie nieustannie się zmienia, czyta Didion i Ditlevsen, wciąż świetnie bawi się do hitów ze swoich nastoletnich lat (gwarantujemy, że jak usłyszycie „1 Thing” Amerie w filmie, to nucić będziecie jeszcze po seansie), a jej matka ma na ścianie plakat ze sztuki „Rosmersholm” Henrika Ibsena o związku wdowca z dużo młodszą kobietą. „Najgorszy człowiek na świecie” jest też mocno osadzony w dzisiejszych realiach. Oczywiście trzeba tutaj podkreślić, że mówimy o realiach w społeczeństwie skandynawskim, gdzie poziom życia, czy debaty publicznej, jest na dużo wyższym poziomie. Mamy nawiązania do katastrofy klimatycznej, problemów mniejszości etnicznych, feminizmu, konsumpcjonizmu, czy dziennikarstwa w dobie mediów społecznościowych. Bardzo ciekawy jest wątek związany z pracą Aksela i jego kontrowersyjnymi komiksami, które w wersji ugrzecznionej mają trafić do mainstreamu. Cenzura działalności artystycznej w imię poprawności politycznej to przecież coś, o czym burzliwe się dyskutuje nawet w Skandynawii. Ciekawą scenę konfrontacji Aksela z opinią publiczną Julie obserwuje będąc na siłowni – i tak właśnie codziennie konsumujemy wszelkiego rodzaju treści, gdzieś przy okazji, pomiędzy swipem, scrollem, a kolejnym kilometrem. Trafnych obserwacji na temat dzisiejszego świata jest tutaj sporo. Duet scenariuszowy Trier i Eskil Vogt spisał się na medal.

„Najgorszy człowiek na świecie” to bardzo przyjemny film, który wypełnia lukę na rynku filmów obyczajowych. Ma bardzo dobrze wywarzone elementy komediowe oraz dramatyczne. Joachim Trier po raz kolejny udowodnił, że potrafi wspaniale prowadzić swoich filmowych bohaterów. Stworzył opowieść o tym, że każdy musi podejmować decyzje, niekiedy trudne i bolesne dla innych, ale bycie najgorszym człowiekiem na świecie jest po prostu częścią dorastania. To idealny seans na dalekie od ideału czasy.