facebook
KATEGORIA: Wywiad

Ciężar dorastania - rozmowa z Emilie Thalund o filmie ,,Weightless"

03/01/2026 ssf 1 min. czytania

W swoim debiutanckim pełnometrażowym filmie duńska reżyserka opowiada o trudnym obliczu dorastania. Główna bohaterka spędza lato na obozie zdrowotnym dla nastolatków, gdzie próbuje odnaleźć siebie, stawiając jednocześnie czoła nowoodkrytym pragnieniom, a także mierzy się z presją poprawy swojego wyglądu. Thalund łączy wrażliwość emocjonalną z wizualną lekkością, tworząc opowieść, która pozostaje w pamięci na długo po seansie.

Z reżyserką spotkałam się podczas Międzynarodowego Festiwalu Filmowego w Göteborgu, gdzie jej pełnometrażowy debiut ,,Weightless” pokazywany był w konkursie najlepszych filmów nordyckich. W zaciszu Bio Roy, pomiędzy seansami rozmawiałyśmy o dorastaniu, kulturowemu spojrzeniu na ciało i presji której podlega oraz o jej osobistych doświadczeniach, które znajdują swoje odbicie w filmie. Thalund, która zaczynała karierę w reklamie, przyznaje, że praca nad filmem była dla niej doświadczeniem osobistym i transformującym – w tym procesie doświadczyła po raz pierwszy macierzyństwa, a także musiała się pogodzić ze startą rodzica. W rozmowie opowiada o balansowaniu ciężarem emocjonalnym opowieści z subtelnością formy, znaczeniu ról młodych aktorek i trudach funkcjonowania w duńskiej branży filmowej.


Zaczynałaś jako reżyserka reklamowa, co poprowadziło cię w stronę filmu?

Studiowałam architekturę i historię sztuki na Królewskiej Duńskiej Akademii Sztuk Pięknych, a do tego wychowałam się z bardzo kinofilskim ojcem. Zawsze kochałam kino i film. Jednak przez długi czas nawet nie odważałam się myśleć, że mogłabym zostać reżyserką. Stawiałam ten zawód na piedestale razem z tymi wszystkimi męskimi twórcami, na których dorobku artystycznym się wychowałam. W końcu postanowiłam dać sobie szansę. Trochę przez przypadek poznałam mężczyznę, który prowadził firmę produkcyjną zajmującą się reklamami. Zaproponował mi pracę – robiłam scouting lokacji, castingi, pisałam. Po jakimś czasie poczułam, że to nie wystarcza, że nie jestem spełniona. Miałam ogromną potrzebę opowiadania pogłębionych historii, a reklama jest tego zupełnym przeciwieństwem.

Dość szybko znalazłaś firmę, która podjęła się wyprodukowania Twojego debiutu, mimo tego, że nie miałaś na koncie żadnego filmu krótkometrażowego. Jak to się stało?

Miałam szczęście spotkać dwie producentki, które po prostu we mnie uwierzyły i chciały ze mną pracować wyłącznie na podstawie tego co do tej pory zrobiłam. To wymagało ogromnej odwagi od całego zespołu. Bardzo wcześnie udało się pozyskać finansowanie i poczułam, że jest autentyczne zainteresowanie filmem i zespołem, który zebraliśmy do tego projektu.

Od pomysłu do realizacji to okres, który zwykle trwa dłuższą chwilę, a ile finalnie pracowaliście nad ,,Weightless”?

Od samego początku to było jakieś 4 – 5 lat. Niesamowite jest jak wiele zmieniło się w tym czasie w moim życiu. Zaszłam w ciąże, gdy rozpoczęliśmy zdjęcia na planie i urodziłam syna. Realizując swoje marzenie o reżyserii, zostałam też jednocześnie mamą.

Jak to doświadczenie zmieniło Twoje podejście do opowieści o dorastajacej nastolatce?

Kiedy teraz patrzę wstecz na cały ten proces, to myślę, że ja sama bardzo dorosłam przy tym filmie. Z jednej strony na świecie pojawił się mały człowiek, którym miałam się opiekować, ale także podczas pracy nad filmem nagle zmarł mój ojciec. Z racji tego, że ten film jest dla mnie osobisty, to w pewnym sensie mam też poczucie, że praca nad nim stała się dla mnie bardzo uzdrawiającym doświadczeniem. Moja wewnętrzna nastolatka była i jest we mnie obecna, a ten okres dorastania o którym opowiadam w filmie nie był dla mnie najłatwiejszy. Wciąż bardzo wyraźnie słyszę słowa i czuję ból, którego wtedy doświadczyłam. Oczywiście były także te dobre rzeczy, ale czasem to właśnie ból zostawia głębszy ślad – jest bardziej obecny.

Twój film opowiada o dorastaniu jako procesie utraty dziecięcej niewinności – doświadczeniu złożonym i często trudnym. Mimo to wizualna warstwa „Weightless” operuje lekkością i ciepłem letnich obrazów. Jak budowałaś balans między ciężarem tej opowieści, a jej subtelną formą?

Na początku rozmów ze scenarzystką myślałyśmy o historii, w której młoda dziewczyna nie ma szans wygrać, bo taki jest świat, wciąż głęboko patriarchalny, w którym ktoś taki jak Donald Trump zostaje prezydentem. Gdybyśmy poszły w tę stronę, film prawdopodobnie stałby się znacznie trudniejszy w odbiorze i nie jestem pewna, czy byłoby to dla niego dobre. Pod koniec zdjęć okazało się, że znów jestem w ciąży. Urodziłam tydzień po zamknięciu postprodukcji dźwięku. Kiedy dowiedziałam się, że to dziewczynka, poczułam na bardzo osobistym poziomie, że domyka się jakiś cykl. Ten film pozwolił mi przepracować trudne doświadczenia związane z własnym dorastaniem, a jednocześnie na świecie pojawił się ktoś, kto zaczyna wszystko od zera. Pojawiło się we mnie silne pragnienie, żeby ta dziewczynka mogła jednak zwyciężyć. To zmusiło mnie do zdjęcia części ciężaru z opowieści i ponownego namysłu nad jej zakończeniem.

Film wyróżnia doskonały casting młodych aktorek. Czy możesz powiedzieć coś więcej o tym jak znalazłaś odtwórczynie głównych ról?

Szukaliśmy obu dziewczyn do obsadzenia w głównych rolach równolegle i testowaliśmy od razu, jak wybrane pary pracują razem. Marie Augustsen i Ella Paaske były na etapie castingów bardzo młode, bez wcześniejszego doświadczenia, a sceny, które odgrywały były delikatne i dotykały trudnych tematów. Musiałyśmy sprawdzić, czy odegranie tego jest możliwe w bezpieczny sposób. Myślę, że bardzo ciekawe w samym procesie było też pytanie o reprezentację – kogo pokazujemy na ekranie, jakie wzorce dajemy młodym dziewczynom, które marzą o byciu aktorkami. Na rolę Saszy zgłosiło się może dwieście, trzysta dziewczyn, a na rolę Lei, która na obozie chce poprawić swoją kondycję i sylwetkę około dwudziestu. To mówi bardzo dużo o tym, kto w ogóle pozwala sobie marzyć o aktorstwie, kiedy wszystkie dziewczyny, które widzisz na ekranie, wyglądają podobnie i są bardzo szczupłe.

Co ciekawe, a o czym część osób nie wie pewien popularny lek, często przywoływany w dyskusjach o nierealnych, nieosiągalnych standardach piękna oraz obsesji szczupłej sylwetki, jest w istocie lekiem przeciwcukrzycowym, produkowanym przez duńską firmę farmaceutyczną. To może być trochę zaskakujące.

Tak, ale samo zjawisko jest niezwykle złożone i wciąż bardzo nowe, a ja nie jestem ekspertką i nie wiem o nim wystarczająco dużo, żeby się wypowiadać, dlatego nie poruszam tego w filmie. Mam jednak silne przekonanie, że funkcjonujemy w świecie głęboko fatfobicznym, a popularność tego typu leków może ten problem dodatkowo pogłębiać. Odczuwam to jako regres, a moment większej otwartości na różnorodność ciał i sposobów bycia kobietą trwał zaledwie chwilę. Było #MeToo, a dziś mam wrażenie, że obserwujemy kontrreakcję i potrzebę „zmniejszania” kobiet, sprawiania, by zajmowały mniej miejsca, dosłownie i symbolicznie. Jeśli spojrzeć na to, kto najczęściej sięga po takie preparaty, są to w dużej mierze kobiety próbujące dopasować się do bardzo wąskiego ideału narzuconego przez społeczeństwo. Jednocześnie chcę wyraźnie podkreślić, że są osoby, które rzeczywiście tych leków potrzebują i dla których mogą one mieć znaczenie wręcz ratujące lub zmieniające życie. Nie oceniam pojedynczych ludzi korzystających z takich rozwiązań. Rozumiem też mechanizm, w którym czujesz, że musisz się zmienić, skoro słyszysz te komunikaty nieustannie.

Bardzo podoba mi się to, że na letnim obozie, na którym przebywa nasza główna bohaterka, dzieci nie mają telefonów. Mam wrażenie, że wiele dzisiejszych niepewności i problemów w komunikacji między młodymi ludźmi wynika z nadmiernego korzystania z mediów społecznościowych. 

Coś w tym jest, a sama idea bycia naprawdę poza zasięgiem jest dzisiaj coraz bardziej abstrakcyjna. Dzieci, które uczestniczą w obozie nie mogą w każdej chwili zadzwonić lub napisać do kogo chcą. Odebranie bohaterom telefonów było też decyzją wizualną. Używanie ich w filmie burzy moim zdaniem wrażenie ponadczasowości historii, którą jako reżyser próbujesz opowiedzieć. Oczywiście, zgadzam się również, że bycie cały czas dostępnym, przy telefonie, to bardzo duży problem. Nadmierne korzystanie z niego i różnego rodzaju aplikacji, może z jednej strony powodować poczucie, że jesteś niewsytarczający. Z drugiej strony czasami jest to okno na świat, w którym możesz zobaczyć ludzi podobnych do siebie i się z nimi utożamić. W przypadku nastolatków możesz znaleźć kogoś, kogo nie miałbyś szans poznać w offline’owym życiu, bo mieszkacie w zupełnie różnych miejscach, a kto mierzy się np. z takimi samymi wyzwaniami np. dotyczącymi wyglądu. Widzę pozytywne i negatywne strony tego zjawiska, ale na pewno nastolatki potrzebują więcej czasu bez korzystania z telefony. To samo tyczy się zresztą także dorosłych.

Inną postacią, która zapewne nie była łatwa w castingu jest Rune – bohater bardzo obciążony etycznie i emocjonalnie w teej historii. Jak wyglądał proces obsadzania tej roli?

Już bardzo wcześnie w trakcie castingów stało się jasne, że Rune musi być grany przez kogoś takiego jak Joachim Fjelstrup. Miał niezwykłą zdolność bycia „na poziomie” z młodymi ludźmi i pewną energię w stylu Piotrusia Pana. Był naturalnie sympatyczny, lubiany, łatwo budził zaufanie. Przy innych aktorach często od razu czuło się, że coś nie działa. Pojawiał się ton jednoznacznie niepokojący, wręcz kryminalny zbyt drapieżny, zbyt oczywisty. Joachim zaproponował zupełnie inne ujęcie tej postaci. Dzięki temu widz może zobaczyć, że właśnie w ten sposób takie przekraczające i groźne sytuacje zazwyczaj się wydarzają. Rune nie jest „facetem z ciemnej uliczki”. To ktoś, komu się ufa – ktoś, kto słucha, jest obecny i sprawia, że druga osoba czuje się zauważona. Dla bohaterki to pierwsze doświadczenie pożądania, a jako młoda dziewczyna przez cały czas słyszysz, że najważniejszą walutą jest męska uwaga – znajdź księcia, a historia się domknie.

Ona również próbuje zdobyć ten rodzaj uwagi, a jeśli nie dostajesz jej od chłopców w swoim wieku, zaczynasz szukać gdzie indziej. Ona dostała tę uwagę od chłopca w swoim wieku, ale on wcale nie przypominał księcia z bajki.

Tak, ale nie oceniam tego wyboru. Kiedy od dawna słyszysz, że jesteś „jakaś nie taka”, że nie jesteś tak atrakcyjna jak inne dziewczyny, czy interesująca, zaczynasz iść w stronę tego, co oczywiste – szukasz księcia. W tym przypadku Rune ma status, bo jest kimś, kogo wszyscy na obozie lubią i szanują jako opiekuna. To ma dla niej większą wartość niż wybór chłopaka, który jest wyśmiewany albo ma własne problemy. W tym sensie Lea jest po prostu człowiekiem i w tej sytuacji nie zachowuje się szczególnie fair, a piętnastoletnia dziewczyna nie będzie wiedziała lepiej. I tak, myślę, że była manipulowana. Była też scena, w której Sasza mówi o tej relacji – nie używa słowa „niewłaściwy”, ale daje do zrozumienia, że to nie jest dobre dopasowanie. Mówi, że to dlatego, że on jest nauczycielem, ale jednocześnie pojawia się tam zdanie, w którym uspokaja koleżankę – to nie ma nic wspólnego z tym, czy ona jest „standardowo” piękna. Jest jednak pewna pułapka w takim komplementowaniu. Sasza mówi Lei – „Nie, ty nie jesteś gruba, jesteś piękna”, a tak naprawdę oznacza to, że nie możesz być jednocześnie gruba i piękna. Moja siostra, która gra mamę Lei, słyszała podobne rzeczy wielokrotnie. Ludzie często sami nie dostrzegają, co właściwie mówią. Wydaje im się, że prawią komplement, a w rzeczywistości komunikują coś zupełnie innego. Sasza stara się być empatyczna, ale w tym, co mówi, kryje się coś wcale nie tak niewinnego.

Zastanawiałam się też, czy oprócz współpracy z koordynatorką intymności mieliście na planie psychologa albo kogoś podobnego?

Właściwie koordynatorka intymności była też psychologiem – wybraliśmy ją m.in. dlatego, że jest psychoterapeutką. Mieliśmy dodatkowo osobę odpowiedzialną za opiekę nad dziećmi, bo na planie było ich sporo. Nawet jeśli ktoś grał tylko małą rolę, samo uczestnictwo w planie filmowym, może być obciążającym doświadczeniem. Dlatego chcieliśmy mieć kogoś, kto zadba o młodych ludzi. Dopilnowaliśmy również, żeby wszyscy każdego wieczoru wracali do swoich domów i rodzin. Nikt nie zostawał na noc w ośrodku –  chodziło o to, żeby mogli odpocząć, złapać dystans i po prostu przebywać w bezpiecznym środowisku. Mieliśmy bardzo bliski kontakt z ich rodzinami. Wiedzieliśmy, że nie możemy robić filmu o granicach, o tym, że dorośli nie potrafią wystarczająco zadbać o młodych ludzi, a jednocześnie sami łamać te zasady. Ten film nie miałby sensu, gdyby ktokolwiek miał na planie złe doświadczenia. Nawet jeśli później pojechałby do San Sebastián, zdobył nagrodę i tak dalej. Gdybym wiedziała, że ktoś ucierpiał, to po prostu nie byłoby tego warte.

Z perspektywy technicznej bardzo doceniam też pracę kamery. Chciałam zapytać o inspiracje wizualne – o to, jak budowałaś obrazy tego świata przedstawionego.

To bardzo dobre pytanie. Inspiracji było mnóstwo. Zawsze fascynowała mnie estetyka dziewczęcości, zarówno w fotografii, jak i w filmie. W przypadku tego projektu oczywiście oglądaliśmy ,,Fish Tank” Andrei Arnold. Bardzo cenię też twórczość Catherine Breillat, na przykład film ,,Grubaska”. Inną inspiracją był ,,Aftersun” – uwielbiam w nim cielesność, bliskość kamery i brak dosłownego dramatyzmu, który mimo wszystko pozostaje bardzo emocjonalny. Dokładnie o to nam chodziło, bo to „tylko jedno lato”, ale takie, które zostawia ślad na resztę życia. Lato pełne kontrastów nastoletniego życia, w którym jest ciemność, ale też lekkość, radość i poczucie wolności bycia poza domem.

Na koniec chciałam zapytać o Twoje spojrzenie na obecną sytuację twórców w duńskiej branży filmowej – jakie są największe wyzwania?

To chyba dość powszechny problem, ale duński system finansowania jest trudny, bo chętnych do opowiadania historii jest bardzo wielu, a pieniędzy za mało. Miałam ogromne szczęście przy swoim pierwszym filmie. Teraz oczywiście czuję jednocześnie ekscytację i stres przed kolejnym, bo po debiucie będę konkurować z dużo bardziej znanymi nazwiskami w branży. Może pojawić się pytanie, czy pieniądze dostanę ja, czy Lars von Trier, albo ktoś taki? Tak to niestety działa. Mam jednak nadzieję, że znajdzie się dla mnie miejsce.

W Danii jest też specyficzny problem, bo wiele kobiet robi swój pierwszy film, ale nie realizuje drugiego czy trzeciego – często z powodu macierzyństwa i obowiązków rodzinnych. To temat na osobną rozmowę. Przemysł filmowy nie zawsze pozwala być „całą osobą”, również poza planem filmowym. Balansowanie tego wszystkiego jest bardzo trudne.