Idealny trójkąt i niezaprzeczalna chemia - rozmowa z Andersem Hazeliusem o serialu ,,Trio"
Nordyckie seriale kojarzą się głównie z mrocznym kryminałem. „Trio” to w tym kontekście mniej oczywista propozycja ze Szwecji. To opowieść o zagmatwanych perypetiach uczuciowych trójki bohaterów, którzy poznają się w czasach studenckich i których znajomość zdeterminuje resztę ich życia. Reżyser serialu Anders Hazelius opowiedział mi więcej o tym, co inspirowało go w pracy nad tą wyjątkową historią o miłości i dorastaniu.
Serial „Trio”, oparty na bestsellerowej powieści Johanny Hedman pod tym samym tytułem, koncentruje się wokół trójki młodych bohaterów – Hugo (Seth Manteus), Thory (Rebecka Harper) i Augusta (Felix Sandman) – których relacja od początku naznaczona jest napięciem, fascynacją i emocjonalnym uwikłaniem. Ich losy splatają się w czasie studiów w Sztokholmie, gdzie wspólne życie szybko przeradza się w trudną do jednoznacznego nazwania więź. To opowieść rozgrywająca się na tle różnych miast i etapów życia bohaterów. Punktem wyjścia narracji dla widza jest poznanie dojrzałego Hugo, który po dwudziestu latach spotyka córkę swoich przyjaciół. W wyniku tego zaskakującego spotkania wracają do niego wydarzenia tamtego okresu. To właśnie one zmuszają go do ponownego spojrzenia na relację, która na zawsze go ukształtowała.
O tej wielowarstwowej historii i przeniesieniu jej na ekran rozmawiałam z reżyserem Andersem Hazeliusem.
Czy miałeś jakieś ulubione opowieści o miłości, które inspirowały cię podczas pracy nad Twoim najnowszym serialem?
Tak, było ich naprawdę wiele. Myślę, że bardzo ważnym punktem odniesienia byli dla nas „Tamte dni, tamte noce” Luci Guadagnino. To film o wyjątkowej atmosferze. Wprowadza widza w świat intelektualistów, którzy rozmawiają o sztuce, literaturze, muzyce, patrzą na rzeczywistość racjonalnie, a jednocześnie opowiada historię niezwykle emocjonalną i zmysłową.
Przed rozpoczęciem zdjęć zorganizowaliśmy nawet wspólny seans dla obsady i operatora, żeby razem poczuć klimat tego filmu. Bardzo imponuje mi też naturalność aktorów. Są swobodni, podążają za impulsami, nie próbują za wszelką cenę wyglądać perfekcyjnie. Dzięki temu wydają się autentyczni i trudno oderwać od nich wzrok. To było dla nas bardzo inspirujące.
Ważnym odniesieniem był dla mnie również Wong Kar-Wai i „Spragnieni miłości”. Oglądaliśmy też kilka filmów François Ozona, a dużą inspiracją był irlandzki serial „Normalni ludzie”. Oczywiście świetnych historii o miłości jest znacznie więcej, ale to właśnie do tych wracaliśmy w rozmowach najczęściej.
Tak jak film Guadagnino, Twój serial także oparty jest na literackim pierwowzorze, czyli książce Johanny Hedman, która kilka lat temu była bardzo popularna w Szwecji. Jakie były Twoje wrażenia po lekturze?
Jako reżyser zawsze wypatruję książek, które mają potencjał na ciekawą adaptację. Przez lata trafiło mi się ich wiele, ale wciąż szukałem wyjątkowej historii miłosnej, bo właśnie o tym chciałem opowiedzieć. Gdy usłyszałem, o czym jest książka Johanny Hedman, od razu ją kupiłem i bardzo szybko dałem się jej wciągnąć.
Co ciekawe, kiedy trafiła w moje ręce, zauważyłem, że na okładce znajduje się obraz szwedzkiego malarza Eugène’a Janssona z początku XX wieku. To było dla mnie duże zaskoczenie, ponieważ podczas studiów z historii sztuki napisałem pracę dyplomową właśnie o nim. Jansson nie należy do szczególnie znanych artystów, ale przepięknie malował Sztokholm nocą, w tzw. niebieskich godzinach, tuż po zachodzie słońca. Zdziwiło mnie, że wykorzystano jego obraz na okładce, bo to twórca rozpoznawalny raczej w wąskim gronie odbiorców. Pomyślałem wtedy, że to znak, iż jest w tym projekcie coś wyjątkowego. Od tamtej chwili jeszcze bardziej chciałem się nim zająć.
Jedną z najmocniejszych stron serialu jest główna obsada. Jak wyglądał casting i praca na planie?
To fantastyczna trójka młodych aktorów, ale wcześniej nie pracowałem z żadnym z nich. Znałem Felixa, ale w pierwszej fazie rozwoju projektu nie myślałem o nim, jako kandydacie do jednej z ról. Przeprowadziliśmy wiele castingów, a najważniejsze było znalezienie ludzi z odpowiednią chemią między sobą. Czym właściwie jest chemia? Dla mnie test jest prosty – jeśli podczas oglądania aktorów we wspólnych scenach łapię się na tym, że się uśmiecham, to znaczy, że chemia działa. Nie muszą robić nic szczególnego. Czasem wystarczy, że siedzą obok siebie. Niektórzy po prostu to mają, a zdarza się to rzadko.
Dlatego testowaliśmy różne kombinacje, aż znaleźliśmy moim zdaniem idealne trio. Później dużo pracowaliśmy nad tym, by lepiej się poznali. Nie chodziło tylko o próby tekstu. Spędzaliśmy razem czas, robiliśmy różne rzeczy. Aktorzy pracowali z choreografem, dużo tańczyli, co miało im też pomóc przełamać się i poczuć swobodniej w scenach intymnych. Myślę, że dzięki temu dziś są sobie bardzo bliscy. Przeszli razem przez wyjątkowe doświadczenie. Dla mnie realizacja tego serialu była jednym z najważniejszych doświadczeń w życiu. Mam wrażenie, że oni również czują, że wydarzyło się coś szczególnego. Myślę, że zakochali się w sobie w platoniczny sposób. W powietrzu naprawdę unosiła się miłość.
Emocji faktycznie jest sporo – wiele wydarza się mimochodem, w ukradkowych spojrzeniach. Ważnym tematem serialu wydaje się też być nostalgia za minionymi uczuciami i latami. Historia jest opowiedziana nielinearnie. Jakie były największe wyzwania związane z taką konstrukcją narracji?
Jedną z rzeczy, które uwielbiam w serialu „Normalni ludzie”, o którym już rozmawialiśmy, jest to, że opowiada bardzo kameralną historię miłosną, a mimo to wydaje się ona epicka. Próbowaliśmy osiągnąć coś podobnego, wykorzystując perspektywę starszych bohaterów. Kiedy oglądamy dwudziestolatków zakochujących się po raz pierwszy, jest to piękne, ale chcieliśmy pokazać, że taka wielka pierwsza miłość może rezonować przez całe życie. Dużo rozmawialiśmy o tym na planie. Wszyscy pracujący przy serialu mieliśmy ponad trzydzieści lat, ja sam mam ponad czterdzieści, i każdy z nas pamiętał taką wielką miłość z okresu wchodzenia w dorosłość. Większość tych historii kończy się niepowodzeniem, ale mimo upływu lat często do nich wracamy myślami. Zastanawiamy się, co by było, gdybyśmy zostali razem. Nawet jeśli ktoś nadal jest z tamtą osobą, może zastanawiać się, co stało się z ludźmi, którymi byli, mając dwadzieścia kilka lat. Tego wątku nie było w książce – stworzyliśmy go na potrzeby serialu. Dzięki temu historia stała się bardziej uniwersalna i ponadczasowa. Mogliśmy zadać pytanie: czy miłość jest w stanie przetrwać próbę czasu?
Jednocześnie prowadzenie dwóch linii czasowych było ogromnym wyzwaniem. Nigdy wcześniej czegoś takiego nie robiłem. Musieliśmy bardzo ciężko pracować nad tym, jak te dwie narracje mają się ze sobą komunikować i jak utrzymać emocjonalne napięcie mimo ciągłych przeskoków w czasie. To była cenna lekcja reżyserskiego rzemiosła.
Bardzo ważnym bohaterem tej opowieści jest również Sztokholm. Czy poza twórczością Janssona były jeszcze jakieś wizualne inspiracje związane z pokazywaniem miasta?
Tak, jednym z naszych pomysłów było stworzenie obrazu miasta przypominającego Oslo z filmów Joachima Triera. Oczywiście nie twierdzę, że osiągnęliśmy ten poziom, bo Trier jest znakomitym reżyserem, ale chcieliśmy sprawić, by widzowie zakochali się w Sztokholmie. Szukaliśmy miejsc, których wcześniej nie pokazywano w filmach. Sztokholm był już wielokrotnie obecny w szwedzkim kinie, ale zależało nam na odnalezieniu własnych, wyjątkowych lokalizacji. Można powiedzieć, że zebraliśmy sekrety miasta. Takie ukryte miejsca zwykle wiążą się z silnymi emocjami i wspomnieniami. Właśnie dlatego znalazły się w serialu. Analizowaliśmy też obrazy Eugène’a Janssona, a kilka ujęć w serialu zostało wręcz bezpośrednio nimi zainspirowanych.
To jak jest z tą miłością, czy ta nieszczęśliwa jest naprawdę bardziej romantyczna?
Odpowiem pytaniem: jesteś romantyczką czy cyniczką? To determinuje odbiór naszej opowieści i każdy widz musi odpowiedzieć sobie na to sam.