facebook
KATEGORIA: Film

Lubię piękne melodie opowiadające straszne historie – słów kilka o ,,Chorej na siebie"

02/04/2023 ssf 1 min. czytania

Kristoffer Borgli swoim najnowszym filmem „Chora na siebie” podbił festiwal filmowy w Cannes. Norweski reżyser idealnie portretuje zeitgeist pokolenia współczesnych trzydziestolatków. Czy to jeszcze komedia, czy dramat z elementami horroru egzystencjonalnego? Brzmi przyciężkawo? Nikt nie obiecywał lekkiego seansu.


Signe (Kristine Kujath Thorp ) i Thomas (Eirik Sæther – artysta i performer, który debiutuje w pełnometrażowym filmie fabularnym) żyją w dysfunkcyjnej i antyromantycznej relacji, która na dodatek napędzana jest ich wzajemną rywalizacją o uwagę. Kiedy Thomas w końcu realizuje się zawodowo i wybija w środowisku osób związanych ze sztuką współczesną, sprawy przybierają szokujący obrót. Oto Signe by ponownie zaistnieć w tym duecie postanawia wykreować siebie na nowo, tworząc personę, która ma w pewien sposób z automatu budzić współczucie i jednocześnie zainteresowanie, które jest główną stawką w tej rozgrywce. Do czego można się posunąć, aby zostać zauważonym i jaki wpływ na naszą prezentację i funkcjonowanie w społeczeństwie mają środki masowego przekazu, w tym social media? Jaką cenę zapłaci Signe za to, by zwrócić na siebie uwagę swojego partnera i ich wspólnego otoczenia?

Dokładnie rok temu myślałam, że nikt nie oddaje lepiej ducha mojego pokolenia, niż w sumie starszy o dobrą dekadę inny norweski reżyser – Joachim Trier w filmie „Najgorszy człowiek na świecie”. Sądziłam, że postać Julie, w którą brawurowo wcieliła się Renate Reinsve będzie dla mnie i wielu kinomanek w moim wieku punktem odniesienie na lata. Nie wiedziałam wtedy, co szykuje jego młodszy rodak. Kristoffer Borgli stworzył piękny wizualnie film o absolutnie najbrzydszych aspektach funkcjonowania współczesnych trzydziestolatków. Taśma 35 mm w połączeniu ze zmysłem estetycznym reżysera i wybitnie zdolnego operatora Benjamian Loeba (kto nie widział „Yang” Kogonady, to zachęcam bardzo) daje nam coś, na co momentami ciężko patrzeć, a jednocześnie nie można oderwać od tego wzroku. Powstał obraz, który trafnie opisują słowa Toma Waitsa cytowane przez Borgliego w jednym z wywiadów „I like beautiful melodies telling me terrible things”. Tych okropnych rzeczy trochę będzie w czasie w czasie tych 95 minut. Jednak jeśli mam być szczera, to dawno żaden seans nie zaskoczył mnie tak jak ten. Początek filmu wydaje się być zaproszeniem do klasycznej komedii romantycznej, z czasem jednak ton się zmienia i okazuje się, że nie mogliśmy być bardziej w błędzie, bo na sam koniec z rom – comu nie zostaje zupełnie nic. Droga do finału jest wyboista i pełna zabawnych, a jednocześnie konfrontacyjnych i niewygodnych sytuacji.

„Chora na siebie” jest doskonałą satyrą na współczesność. Borgli już w swoim poprzednim filmie „Drib” pokazał, że ciągnie go w tę stronę. Niewygodne poczucie humoru i nerwowy śmiech, który pojawia się w różnych z pozoru absurdalnych sytuacjach, może okazać się wkrótce jego znakiem rozpoznawczym. Balans między komedią a dramatem jest zachowany. Młody Norweg jest dobrym obserwatorem, a inspiracje do swoich filmów czerpie z życia. Nie sposób oprzeć się tutaj porównaniu jego metod pracy z innym skandynawskim twórcą, który w ostatnich latach podbił Lazurowe Wybrzeże, czyli Rubenem Östlundem. Ich socjologiczne zacięcie w pisaniu historii jest czymś, co na pewno przyciąga część widzów, którzy lubią takie eksperymenty w kinie. Mamy tutaj komentarze dotyczące klasowości, kapitalizowania traum i niepełnosprawności, czy romantyzowania zaburzeń osobowości.

Na sam koniec warto jeszcze zwrócić uwagę na bardzo dobry casting, a w szczególności główną rolę żeńską, czyli Kristine Kujath Thorp jako Signe. Jestem jej fanką już od filmu „Ninjababy” (o którym tekst znajdziecie na stronie), w którym wcieliła się w rolę młodej dziewczyny, która musi sobie odpowiedzieć na pytanie, czy chce i jest gotowa zostać matką (doskonała komedia, polecam bardzo). Borgli postawił przed nią jeszcze trudniejsze zadanie. Zbalansowanie zmieniających się w filmie dramatycznych tonów w połączeniu z wymagającą charakteryzacją na pewno stanowiło nie lada wyzwanie, ale Thorp poradziła sobie z nim doskonale. Zapamiętajcie to nazwisko, bo myślę, że jeszcze o nim usłyszymy. To jedna z najzdolniejszych skandynawskich aktorek młodego pokolenia.

Kiedy w czasie seansu „Najgorszego człowieka na świecie” zastanawialiście się, do kogo odnośni się ten tytuł, to odpowiedź znajdziecie w „Chorej na siebie”. Problem w tym, że bohaterowie filmu Borgliego to postacie, do których każdy z nas w jakiś sposób może się odnieść, bądź zna takie osoby w rzeczywistości. Joke is on us.

 

Kinga

 

Film „Chora na siebie” jest do obejrzenia w polskich kinach od 3 lutego. Dystrybutor Aurora Films.