Piękno, którego nie dostrzegamy - rozmowa z Hlynurem Pálmasonem o filmie ,,Miłość, która zostaje”
Islandzki reżyser opowiada o filmie wyrastającym z codzienności, rodzinnych relacji i uważności na to, co kruche. W naszej rozmowie zdradza, dlaczego unika jednoznaczności, jak pracuje z własnymi dziećmi i czemu to właśnie małe, intymne momenty są dla niego najważniejsze.
To już czwarty pełnometrażowy film w dorobku Pálmasona. Debiutował prawie 10 lat temu filmem „Zimowi bracia”, który zdobył liczne nagrody, m.in. na festiwalu w Locarno. Jest jednym z najważniejszych i najbardziej rozpoznawalnych islandzkich twórców, który wypracował swój bardzo autorski język filmowy. Tym razem sięga po wycinek z życia pewnej islandzkiej rodziny, która, doświadczając rozpadu, układa swój świat na nowo.
Anna (w tej roli Saga Garðarsdóttir) jest artystką marzącą o uznaniu w świecie sztuki. Magnús (Sverrir Guðnason) to marynarz pracujący na statkach rybackich. Choć od pewnego czasu żyją w separacji, wciąż spędzają ze sobą sporo czasu, dzieląc się opieką nad trójką dzieci i psem. Mężczyzna próbuje zbliżyć się do byłej partnerki, odzyskać ją, ale coraz częściej ma poczucie, że nie zna osoby, z którą spędził wiele lat. Z kolei Anna sprawia wrażenie pogodzonej z rozstaniem, jednak w praktyce życie bez Magnúsa okazuje się jeszcze trudniejsze niż bycie razem. Co się dzieje, kiedy kończy się relacja? Gdzie znika miłość i żywione dotąd uczucia?
Na początek chciałam pogratulować jednego z najlepszych zwiastunów, jakie widziałam od dawna. Bardzo podoba mi się to poczucie humoru i dystans – „jeśli nie chcesz obejrzeć naszego filmu, to OK zobacz coś innego”. Wiesz, jak zachęcić.
Dziękuję! Jestem zmęczony zwiastunami, więc chciałem zrobić coś innego. Cieszę się, że się podoba.
Zdecydowanie. Po ostatnim filmie „Godland”, którego akcja toczy się na przełomie XIX i XX wieku, przenosisz nas do współczesności. Skąd pomysł na opowieść, którą dostajemy w filmie „Miłość, która zostaje”?
Chciałem przyjrzeć się czasom, w których żyjemy. To film bardzo bliski doświadczeniu bycia człowiekiem. Jest o tym, co budujemy, odbudowujemy i niszczymy, o tym, co nas łączy i co nas dzieli oraz o wszystkich tych sprzecznych uczuciach, które często nam towarzyszą i z którymi niełatwo sobie poradzić. Oczywiście rdzeniem tej opowieści jest rodzina i relacje pomiędzy jej członkami. Z mojej perspektywy to właśnie najważniejsze rzeczy i momenty w życiu – te intymne, bliskie i bardzo zwyczajne.
Pomysł na film narodził się podczas realizacji mojego krótkometrażowego filmu „Gniazdo”, w którym przez półtora roku filmowałem dzieci bawiące się w domku na drzewie. Rodzice byli poza kadrem, niewidoczni. Patrząc na ten obraz, zastanawiałem się, co robią, kiedy ich nie ma. W mojej głowie pojawiały się nowe wątki narracyjne, ale nie włączyłem ich do tamtego filmu. Zacząłem rozwijać inną historię, powiązaną z rdzeniem „Miłości, która zostaje”. Dzieci budują postać rycerza, podczas gdy mija czas i zmieniają się pory roku. Chciałem, aby te sceny współbrzmiały z główną osią filmu, ale w tym przypadku miałem przestrzeń, by opowiedzieć nie tylko o dzieciach, lecz także o rodzicach i o tym, co dzieje się w tej rodzinie.
Twój film to dla mnie jedna z piękniejszych opowieści o relacjach, jakie ostatnio widziałam. Pokazujesz miłość przez jej brak oraz piękno życia w uważności na nie.
Uodparniamy się na obecność miłości i piękna, więc czasem przestajemy je dostrzegać. Chciałem, żeby widzowie poczuli to podczas seansu. Nie chciałem idealizować świata, bo wiemy, że jest on pełen kontrastów. Nikt nie jest po prostu dobry albo zły, a obok siebie istnieją światło i mrok. Jak wielu ludzi, często mam poczucie, że świat się rozpada i nie da się zrobić filmu, który nie byłby tym naznaczony. Jako ludzie jesteśmy złożeni – krusi, ale czasem brutalni. W filmie patrzymy na rodzinę, która się rozpada, ale nie daję odpowiedzi na to, dlaczego do tego doszło i czy rodzice do siebie wrócą.
Myśl, że to może być film o rozpadzie, przyszła do mnie, kiedy zobaczyłem, jak tracę dach studia, czyli scenę, którą widzowie mogą zobaczyć na początku filmu. Nie interesują mnie konflikty i dramat rozstania. Opowiadam o poczuciu przynależności i wspomnieniach, które kształtują nas i nasze doświadczenia. Ta historia jest otwarta na interpretację – zarówno fabularną, jak i emocjonalną.
W kinie nordyckim mamy ostatnio sporo historii o miłości, różnych obliczach rodziny i emocjach. Czasami łatwo zatracić balans, a sama opowieść może stać się zbyt sentymentalna. Jak udało Ci się zachować właściwą równowagę?
To bardzo ciekawe pytanie, bo podczas całego procesu pracy nad tym filmem – pisania, preprodukcji, produkcji i postprodukcji wiedząc, jaki film tworzymy, trochę o tym myślałem. Wydaje mi się, że jakoś intuicyjnie udaje mi się balansować całe doświadczenie, żeby nie było zbyt sentymentalne, ale jednocześnie też nie zimne. Chcę, żeby film jako doświadczenie płynął jak muzyka i dosyć łatwo przychodzi mi znalezienie odpowiedniego rytmu, aranżacji. Duża w tym także zasługa moich współpracowników.
Porozmawiajmy o głównej bohaterce, czyli Annie. Jest artystką i towarzyszymy jej w procesie twórczym. Ona sama nie wie, jaki będzie finalny efekt jej pracy. Czy można powiedzieć, że istnieje tu podobieństwo do Twoich metod pracy? Część osób nie wie, ale nie jesteś tylko reżyserem filmowym.
Tak, zdecydowanie. Chciałem pokazać jej proces, który wchodzi w dialog z główną opowieścią w filmie i myślę, że bardzo pasuje to w kontekście przeobrażeń i zmiany relacji. Zwykle pracuję tak, że do tej roli szukałbym artystki, która może zagrać w filmie i której oryginalne prace mogłyby stać się jego częścią. Tym razem znalazłem aktorkę, która na ekranie robi coś, co ja kultywuję od lat i co uważam za wyjątkowo piękny proces. Metalowe kształty zostawia się na zimę, a pod wpływem warunków zewnętrznych – pogody, dochodzi do zmian materiałowych, erozji, które później wykorzystuje się w malarstwie czy tworzeniu grafik. To sztuka nieodłącznie związana z przyrodą.
Podoba mi się, jak w filmie pokazujesz upływ czasu poprzez zmiany pór roku i jak to współgra ze zmianami w bohaterach. Nadaje to opowieści wyjątkowy, naturalistyczny rytm. Od początku miałeś takie założenie?
Lubię filmować coś przez dłuższy czas i mam obsesję na punkcie zmieniających się pór roku. Kiedy tworzę filmy, lubię się temu poświęcić i tak naprawdę nie wiem, jak ten proces mnie zaskoczy ani jakie pomysły przyjdą mi do głowy. Bardzo interesuje mnie upływ czasu i nieustannie zastanawiam się, jak o nim opowiadać w moich filmach. Tak jak wspomniałem, tutaj było to połączone z koncepcją dzieci budujących żołnierza.
Skoro już mówimy o dzieciach – po raz kolejny pracowałeś ze swoją rodziną. Jakie wyzwania się z tym wiążą? Czy wzięły udział w projekcie bez wahania, czy stawiały opór?
Po raz pierwszy cała trójka wzięła udział w filmie. Często angażuję ich w swoje projekty i to jest związane z moim stylem pracy. Mam bardzo małą ekipę filmową, która współpracuje ze sobą na stałe. Staram się tworzyć projekty blisko „domu” i tego, co znam. Zapraszam do filmów ludzi z którymi mam dobre relacje i których energię chcę mieć na planie.
Wracając do rodzeństwa, to wątek ich relacji jest bardzo ważną częścią filmu. Nie sądzę, żebym był w stanie zrobić ten film bez tej trójki szalonych dzieci i ich surowej, dzikiej, a jednocześnie bardzo zróżnicowanej energii. To była świetna zabawa i łatwo było ich włączyć do projektu, bo znali już praktycznie wszystkich na planie. Wszystko miało bardzo domowy i bezpieczny charakter.
W filmie dzieci nie rozmawiają o rozstaniu rodziców z nimi, ale między sobą, często w bardzo dojrzały sposób. Jak pracowałeś z nimi nad tymi scenami?
Te sceny nie były tu improwizowane. Moja córka ćwiczyła tekst z braćmi, a potem przychodzili do mnie, kiedy np. gotowałem, i sprawdzaliśmy, jak działa. Zawsze mieli dużo komentarzy i propozycji, jak mogą zrobić pewne rzeczy inaczej i dopiero po jakimś czasie byliśmy gotowi do kręcenia. Patrzyłem, jak stają się coraz lepszymi aktorami, a jednocześnie wszystko pozostawało bardzo realistyczne i na takim efekcie bardzo mi zależało. To było dla mnie bardzo interesujące doświadczenie.
Uwielbiam ścieżkę dźwiękową z filmu i muszę przyznać, że album Harry’ego Hunta „Playing Piano for Dad” towarzyszył mi przez długi czas. Jak doszło do tej współpracy?
Na początku myślałem, że w filmie nie będzie muzyki poza diegetyczną (czyli istniejącą wewnątrz świata przedstawionego). Podczas pracy nad filmem usłyszałem ten album i pomyślałem, że jego atmosfera idealnie pasuje do obrazów, które stworzyliśmy. Skontaktowałem się z Huntem, żeby porozmawiać o ewentualnej współpracy. Na etapie montażu chciałem wykorzystać część utworów, a finalnie w filmie znalazł się praktycznie cały album.
Na tym etapie kariery – czy wyobrażasz sobie pracę poza Islandią? Jakieś inne krajobrazy, które chciałbyś eksplorować?
Tak, oczywiście. Moim problemem jest to, że chcę robić za dużo. Mam mnóstwo projektów w zupełnie różnych miejscach np. na Wyspach Owczych, pracuję też nad projektem w Kopenhadze. W tym momencie moje dzieci są tutaj. Moja córka dopiero co wyprowadziła się z domu – to pierwsza duża zmiana. Kiedy moi synowie również się wyprowadzą, to będzie moment, w którym pewnie wyruszę w dłuższą, bardziej odległą filmową podróż.
Film ,,Miłość, która zostaje” można oglądać w wybranych kinach od 20 marca.