facebook
KATEGORIA: Wywiad

Nieznany mistrz islandzkiego designu — Mathias Skaarup o filmie “Gunnar’s Last Project”

09/30/2025 ssf 1 min. czytania

Po 20 latach na emeryturze ikona designu Gunnar Magnússon podejmuje się swojego ostatniego projektu — wspólnie z córką, Tinną Gunnarsdóttir. Gdy stan zdrowia Gunnara zaczyna się pogarszać, Tinna staje przed wyzwaniem dokończenia pracy, jednocześnie mierząc się z perspektywą utraty ojca. “Gunnar’s Last Project” to poruszająca opowieść o dziedzictwie i rodzinie, ukazana oczami dwóch kluczowych postaci islandzkiej sceny designu. O filmie miałam okazję porozmawiać z jego reżyserem Mathiasem Skaarupem, w Reyjkjaviku, gdzie odbywa się jego światowa premiera. 


Zacznijmy od klasycznego pytania – jak zaczęła się Twoja przygoda z filmem?

Przez lata szukałem sposobu na wyrażenie swojej kreatywności. Najpierw był teatr, potem muzyka, ale czułem, że to nie do końca moje. Dopiero film okazał się strzałem w dziesiątkę. Zacząłem kręcić na studiach, wziąłem rok przerwy, potem kolejny…  dziś chyba byłby to już dziesiąty.

Pamiętasz moment przełomowy w swojej karierze?

Tak, był taki jeden. Śledziłem wtedy na YouTubie Oscara Boysona – twórcę internetowego, który pracował nad projektem o planowaniu miast. W 12 dni odwiedzał 12 miast, a ostatnim punktem była Kopenhaga, gdzie wtedy mieszkałem. W środku nocy scrollując telefon zobaczyłem informację o jego wizycie. Napisałem do niego, oferując pomoc. Po tygodniu milczenia i mojego dobijania się mailowego odpisał w końcu: „OK, zróbmy to”. Po zdjęciach został w Kopenhadze na kilka dni. Opowiadałem mu o marzeniu pracy w Nowym Jorku, a on powiedział, że może mi pomóc. Myślałem, że mówi to grzecznościowo, ale pół roku później pracowałem już w jego firmie przy dystrybucji ,,Good time” braci Safdie.

I to wszystko dzięki jednej bezsennej nocy i wysłaniu maila! Dlaczego nie zostałeś w USA?

Bardzo ceniłem tę współpracę i całe doświadczenie. Nawet zaproponowano mi pomoc w uzyskaniu zielonej karty, ale czułem, że chcę spróbować robić coś swojego, a nie być kolejnym trybikiem w ogromnej produkcyjnej machinie. To była ważna lekcja i dałem z siebie wszystko, ale wiedziałem, że czas na własne rzeczy.

Nowy Jork był dla Ciebie inspiracją?

Zdecydowanie. Tam zakochałem się w kinie. Wcześniej kręciłem krótkie formy i śledziłem YouTuberów. W Nowym Jorku poznałem klasykę, pracowałem z ludźmi, którzy naprawdę kochają kino. Zapamiętałem jedną radę: nie przejmuj się przekraczaniem budżetu – jeśli zrobisz dobry film, nikt nie będzie o to pytał. Najważniejsze to skupić się na samej historii.

Łatwo to mówić, trudniej zrobić, szczególnie w tej branży.

To prawda, ale warto. W takich miejscach jak Dania, gdzie wszystko działa według zasad i związków zawodowych, łatwo zapomnieć, po co w ogóle to robimy. Nie tylko dla pieniędzy czy dlatego, że ktoś nam na to pozwolił. Mamy wizje, pasję i ludzi wokół, którym możemy dać coś więcej niż tylko wynagrodzenie – atmosferę, inspirację, sens. Szkoda, że tak często sprowadza się wszystko do stawek, godzin i faktur. 

Jakie były Twoje następne kroki po powrocie z USA?

Założyłem z kolegą firmę produkcyjną i robiliśmy, co tylko się dało, żeby zbudować portfolio. Przez YouTube’a poznałem szwedzkiego reżysera z Helsingborga. Spotkaliśmy się, zaprzyjaźniliśmy, zaczęliśmy wspólne projekty. Jego przyjaciel miał krótki metraż pokazywany na festiwalu w Nowym Jorku – chciałem go obejrzeć, ale wylądowałem na planie. Udało się dopiero w Kopenhadze. Film mnie totalnie zainspirował. Po seansie napisałem do reżysera: „Muszę wyprodukować Twój następny film”. Po pół roku zadzwonił do mnie facet: „Cześć, tu Flook. Leo mówił, że produkujesz jego kolejny film, więc robimy to razem”. I tak się stało. Scenariusz był osadzony na Islandii – kręciliśmy w Ísafjörður. 40-minutowy film w cztery dni, 16-godzinne plany, burze, koty, bliźniaki z ADHD. Chaos. Jednak co najważniejsze – ekipa była młoda, zgrana, zmotywowana i pełna pasji. To było niezwykle inspirujące.

Skąd pomysł na Twój własny pełnometrażowy debiut, czyli „Gunnar’s Last Project”, który ma swoją premierą na RIFF?

Robiliśmy krótkie filmy dokumentalne dla galerii Adorno w Kopenhadze o designie: duńskim, norweskim, szwedzkim, fińskim, a ostatni o islandzkim. W każdej części skupialiśmy się na jednej postaci. W Islandii była nią Tina Gunnarsdóttir – niezwykła osoba, która zrobiła na mnie ogromne wrażenie. Przez nią zacząłem się bardziej interesować islandzkim designem.

W Polsce nordycki design kojarzy się głównie z Danią.

Tak, Dania ma silną pozycję, podobnie jak Finlandia z Alvarem Aalto. Norwegia zawsze była trochę w cieniu, a Szwecja to dziś bardziej zaplecze produkcyjne – wiele duńskich marek produkuje właśnie tam. Islandia jest zupełnie inna. Design jest tam młody, a pierwsze studia projektowe powstały dopiero w 2001 roku. Dla porównania: złoty wiek duńskiego designu to lata 60. W Danii nadal czuć presję, by trzymać się kanonu. A Islandia? Tam panuje wolność.

Co rozumiesz przez tą wolność?

Warunki idealne dla rozwoju kreatywności i mniej instytucjonalnych ograniczeń. Na przykład – nie ma drewna, więc projektanci sięgają po skały, metal, materiały inspirowane surową naturą. Scena artystyczną jest niesamowita, zwłaszcza graficzna. Przykładów nie trzeba szukać daleko — Krot & Krass, którzy stworzyli identyfikację wizualną tegorocznej edycji festiwalu RIFF, robią świetne rzeczy na styku graffiti i designu.

Jak w Twoim zawodowym życiu  pojawił się Gunnar Magnússon?

Po serii filmów dla galerii chciałem dowiedzieć się więcej o islandzkim designie. Zebrałem wszystko, co było dostępne po angielsku i niestety nie było tego zbyt wiele. Islandia to mała społeczność. Wiedza krąży ustnie, mało co się dokumentuje. Trafiłem na wzmiankę o Gunnarze, który jak się okazało, studiował w Danii, pracował z legendami designu, potem wrócił i stworzył ikoniczne projekty. Byłem w szoku, że tak mało osób go zna. To jakby ktoś w Danii nie znał Jacobsena! Później odkryłem, że Tina jest jego córką. Trudno się zorientować, bo nazwiska w Islandii są patronimiczne. Uznałem, że to nie może być przypadek.

Jak wyglądało pierwsze spotkanie z Gunnarem?

Przez trzy godziny opowiadał historie o legendach designu. Byłem oczarowany. Mówił po duńsku – trochę łamanym, ale z humorem, z energią. Miał wtedy 85 lat, ale wciąż dominował przestrzeń, czarował rozmówców. Wiedziałem, że musi otwierać mój film. Tina była równie wyjątkowa – serdeczna, ciepła, ale też ambitna i niesamowicie autentyczna. Pracuje nad doktoratem z teoretycznego designu. Potrafi bardzo długo rozmyślać nad symboliką jednego kamienia w islandzkim krajobrazie. Wystarczy włączyć kamerę i zadać pytanie – mówi godzinami. Co jest wspaniałe… i trudne w montażu.

Jak Ci się pracowało z tym duetem — ojciec i córka?

To było bardzo ciekawe doświadczenie, pełne zwrotów akcji. Na początku chcieliśmy, by motywem przewodnim było stworzenie ikonicznego projektu Gunnara – krzesła Apollo. On był tym bardzo zainteresowany. Nagle jednak Tina stwierdziła, że to zbyt banalne. Zawsze jej ufałem, bo widać było, że zależy jej na filmie – także jako formie hołdu dla ojca. Dlatego ciągle rozmawialiśmy i zastanawialiśmy się, czym właściwie ma być ta opowieść? Tina stale zmieniała koncepcję, ale my podążaliśmy za nią, pozwalając jej myśleć na głos. Nigdy nie mówiła niczego, co nie było w pełni szczere. Z jednej strony to piękne, z drugiej – trudne dla narracji, zwłaszcza że film opiera się głównie na dialogu. Każda scena to nawet półtorej godziny nagrywania jej wypowiedzi. Dopiero przy montażu widać było, jak wiele znaczą subtelności – wyraz twarzy, pauzy, momenty zawahania. To właśnie tam odkryłem siłę tej historii – w tym, jak Tina ją przeżywa. Początkowo nie miała to być opowieść o niej, tylko o ojcu i córce wspólnie realizujących projekt – bardziej 50/50. Naciskałem, by projekt był bardziej kolorowy, obecny w świecie designu. Ale oni zawsze wracali do swojej, bardziej osobistej wizji. Wielu uważało, że głównym bohaterem powinien być Gunnar – charyzmatyczny, ekspresyjny, ale Tina ma w sobie coś wyjątkowego. Może nie przyciąga uwagi od razu, jak on, ale jej sposób myślenia… Jeśli uda się to pokazać widzom, to będzie mój sukces. 

 

Mathias Skaarup jest duńskim reżyserem filmowym. Pracował w nowojorskim studiu Elara Pictures przy filmach braci Safdie — ,,Good Time” (2017) i ,,Nieoszlifowane diamenty” (2019). Jest współzałożycielem Holocene Studios w Kopenhadze. Wyreżyserował ,,The League – A Future for Freeskiing” (2024), nagrodzony na Nordic International Film Festival. W swoim najnowszym filmie ,,Gunnar’s Last Project” (2025), wspieranym przez Islandzkie Centrum Filmowe, sięga po dłuższą formę, zgłębiając relacje między rzemiosłem, bohaterem a naturą.