facebook
KATEGORIA: festiwal

Nowy Jork, nieprzypadkowe przypadki & foki - rozmowa z Teą Lindeburg

12/10/2023 ssf 1 min. czytania

Jest jedną z najciekawszych reżyserek ze Skandynawii. Jej debiutancki film pełnometrażowy „Któryś jest w niebie” został bardzo dobrze przyjęty na międzynarodowych festiwalach. Tea wykorzystując tekst z początku XX wieku stworzyła wyjątkowo aktualny coming – of – age z perspektywy nastoletniej dziewczynki mieszkającej na duńskiej prowincji. O tej produkcji, a także o filmowej przeszłości i przyszłości rozmawiałyśmy w czasie Camerimage.


 

W tym roku jesteś członkinią jury Konkurs Etiud Studenckich Szkół Filmowych i Artystycznych, więc zamierzam wykorzystać to do zadania pytania rozgrzewkowego o Twoje początki z branżą filmową. Jak zaczęła się Twoja przygoda z filmem?

Pamiętam, że byłam naprawdę mała, a w Danii mieliśmy wtedy praktycznie tylko jeden kanał, więc oglądałam absolutnie wszystko, co było w telewizji. Moja mama zawsze trafnie przewidywała, co się wydarzy na ekranie, czym byłam zszokowana.  Zadawałam sobie pytanie – jak to jest możliwe, jak ona to robi? Kiedy pytałam, czy widziała już wcześniej dany film, praktycznie zawsze zaprzeczała, więc zdałam sobie sprawę, że chyba musiała mieć jakiś magiczny dar do opowiadania i rozumienia biegu historii i różnych narracji. To miało na mnie na pewno duży wpływ, chociaż sama na początku nie myślałam o tym w swoim kontekście. Zajęłam się aktorstwem i dobrze się bawiłam. Dopiero po jakimś czasie zdałam sobie sprawę, że chcę mieć większą kontrolę, podejmować decyzje i uwielbiałam pisanie. Gdy miałam 12 lat, moi rodzice kupili mi moją pierwszą kamerę filmową, która stałą się moją ulubioną zabawką. Pierwszy krótki film, który nakręciłam był prezentem dla mojej przyjaciółki na jej urodziny. Opowiadał o naszej przyjaźni w naszym rodzinnym mieście, gdzie dorastałyśmy.

Mam nadzieję, że doceniła ten prezent, bo brzmi niesamowicie!

Haha, tak, naprawdę jej się podobał, więc uważam to za mój pierwszy sukces. Po liceum poszłam do Duńskiej Szkoły Filmowej i tak naprawdę nie miałam pojęcia, co oznacza być reżyserka poza tymi amatorskimi nagraniami. Wiedziałam, że film to coś, co chcę robić, ale nie byłam pewna, co dokładnie i gdzie jest moje miejsce przy kamerze. Szkoła bardzo mi pomogła w znalezieniu swojego miejsca.

W Polsce sporo się umówi o pewnych trudnościach, które stoją przed kobietami rozpoczynającymi swoją zawodową ścieżkę w tej branży. Czy Ty doświadczyłaś jakiś przeszkód ze względu na swoją płeć?

Dla mnie samo wejście do tego biznesu było ogromnym krokiem i wyzwaniem, ponieważ żaden z moich rodziców ani członków mojej rodziny nie pracował w tej branży. To z tego powodu czułam się outsiderką. Na początku nie widziałam swojej płci jako powodu jakichkolwiek niedogodności w szkole, czy pracy. Teraz, gdy patrzę wstecz na swoje doświadczenia, to mogę powiedzieć, że trudniej jest być kobietą w tej branży. Poza pracą mamy też inne obowiązki, których realizowanie wpływa na nasze życie zawodowe. Jednak pamiętam jedno doświadczenie, którym podzielił się ze mną mój przyjaciel, kiedyś początkujący reżyser. Opowiadał swoją koncepcję na nowy projekt w Duńskim Instytucie Filmowym i w trakcie tego pitchingu zaczął się trochę, jakby to ująć – wzruszać. Oczywiście wszyscy byli zachwyceni, widząc go w związku z tym, jako mężczyznę który jest skontaktowany ze swoimi emocjami i nie boi się ich wyrażać. Jestem pewna, że gdyby był kobietą, reakcja nie byłaby taka sama. Raczej coś w stylu – oh nie, ona płacze więc pewnie jest niestabilna, czy na pewno chcemy jej przyznać pieniądze na projekt? Z pozytywów myślę, że to bardzo się zmienia.

Wolno, ale tak zmienia się i wiele zostało zrobione, aby podnieść świadomość tego problemu. Wiem, że po ukończeniu szkoły w Danii przeniosłaś się do Nowego Jorku. Co tam robiłaś?

Pracowałam w barze (śmiech), ale dostałam też pracę jako operatorka kamery dla kanału VH1, więc kręciłam wiele dokumentów muzycznych i programów. Taki okres przejściowy w moim życiu, z którego pamiętam regularne wypożyczanie masowej ilości kaset video. Miałam takie hobby oglądania tematycznego – oglądałam wszystkie dostępne filmy wybranych reżyserów: wszystkie filmy Bergmana dostępne w wypożyczalni, Polańskiego etc. To była moja amerykańska szkoła filmowa.

Po skończeniu tej szkoły wróciłaś jednak do Danii i wyreżyserowałaś film „Któryś jest w niebie”, który jest naprawdę wyjątkowym filmem o dorastaniu z perspektywy kobiecej. Skąd wziął się pomysł na tę opowieść?

Ten film oparty jest na książce Marie Bregendahl „Noc śmierci” (org. En Dødsnat). Książkę kojarzyłam jeszcze z dzieciństwa i mojego rodzinnego domu. Jako dziecko nigdy jej nie przeczytałam, ale pamiętam, że byłam bardzo zaintrygowana tym tytułem, chociaż w ogóle nie rozumiałam, co dokładnie może oznaczać. Pierwszy raz sięgnęłam po nią dosyć przypadkowo. Tak mi się przynajmniej wydawało. Było to 10 lat temu zaraz po narodzinach mojego syna. Przeżyłam kompletny szok, gdy tuż po porodzie musiałam się skonfrontować z tą niezwykle intensywną opowieścią, tak opisującą też moje dosyć nowe doświadczenie bycia matką. Napisana w 1912 roku, częściowo autobiograficzna książka, z którą poczułam emocjonalne połączenie – to nie mógł być przypadek. Moją natychmiastową decyzją była jednak zmiana sposobu narracji i perspektywy – z osoby niezaangażowanej w wydarzenia, „boskiej” i obserwującej wszystko z bezpiecznej odległości, na perspektywę nastoletniej bohaterki w centrum wydarzeń. To była przecież jej noc grozy i strachu.

Mówiąc o grozie, otwierająca scena może wprowadzić nieco w błąd, ponieważ jest piękna, ale wygląda jak z horroru. Deszcz krwi spadający na pola przypomina mi nieco „Carrie” Briana de Palmy. To bardzo mocne i jednocześnie poetyckie otwarcie. Czy ta scena była pierwotnie w książce?

Nie, nie ma jej w książce. Oryginalnie to matka miewała wizje, ale w filmie chciałam, aby Lisa jako nasze centrum opowieści na którym się skupiamy, również je miała. Ta scena to była tak naprawdę moja wizja (śmiech), i intuicyjnie pomyślałam, że powinniśmy użyć tego w filmie. Cała produkcja miała miejsce w czasie pandemii i napotkałam wiele przeszkód. Mój operator kamery z którym miałam pracować na samym początku zachorował, ale na moje szczęście zostałam „sparowana” z Marcelem Zyskindem. Od razu złapaliśmy świetny kontakt i zrozumienie. Mamy podobną wrażliwość i poczucie estetyki, więc nie miałam problemów z wyjaśnieniem mu tego pomysłu. Współpraca była tak dobra, że pracujemy nad kolejnym filmem.

Skoro mówimy o współpracy i trudnościach albo wyzwaniach produkcyjnych, to zastanawiałam się nad tym jak udało ci się zrealizować film z tyloma bohaterami dziecięcymi?

To było dla nas wyzwanie. Spędziliśmy bardzo dużo czasu w procesie castingu. Aktorkę do głównej roli Lisy wybraliśmy rok przed rozpoczęciem zdjęć, miała wtedy 14 lat, a gdy zaczęliśmy film, skończyła 15 lat. Resztę rodzeństwa dobieraliśmy wokół niej. Starałam się filmować chronologicznie, więc dzieci mogły zrozumieć historię i śledzić ją. To ważne, bo ten film opowiada bardzo poruszającą historię, sceny bywały trudne i emocjonalne, a dzieci nie są jednak prawdziwymi aktorami, nie mają takiego warsztatu i narzędzi. Zdjęcia trwały 25 dni, ale nie mogły być zbyt długie ze względu właśnie na najmłodszych członków ekipy. Do tego pandemia, więc naprawdę wszystko musiało być dopięte na ostatni guzik. Mimo to ja i Marcel mieliśmy taką zasadę, że gdzie jest to możliwe staraliśmy się podejmować jakieś wyzwania i nie być tak w 100% bezpiecznymi i zachowawczymi. Stąd mimo wszystko sporo zmienialiśmy w trakcie filmowania, a efekt jest dla nas bardzo satysfakcjonujący.

Ze swojej perspektywy mogę powiedzieć, że dla widza także. Ze świata filmu przejdźmy teraz do Twojej pracy nad serialem „Równonoc” opartym na scenariuszu podcastu o tajemniczym zniknięciu w Danii, który napisałaś i reżyserowałaś. Skąd wziął się ten pomysł?

W Danii mamy tradycję, że w dniu ukończenia szkoły objeżdża się każdy dom rówieśników z tej samej klasy. Ma to wszystko dosyć celebracyjny charakter. Uczniowie jadą wielkimi wozami, a rodzice w każdym domu serwują alkohol i jedzenie. Czasami to jest pierwszy raz, kiedy widzisz, skąd ktoś pochodzi, gdzie dorastał, jak wygląda jego rodzina. Jednocześnie może to być ostatnie wspólne wspomnienie, bo wasze drogi się rozchodzą. Oczywiście po wizycie w piątym domu jesteś już naprawdę pijany, więc całe doświadczenie może być bardzo emocjonalne, a części możesz nie pamiętać. Jest to jednak jakiś moment transformacyjny i swego rodzaju przejścia – kończysz szkołę i zaczynasz dorastać. Zaczęłam się zastanawiać, co by się stało, gdyby nie było przyszłości, gdyby ci młodzi ludzie nagle zniknęli zaraz po ukończeniu szkoły. Wymyśliłam i napisałam scenariusz podcastu, aby opowiedzieć tę historię i razem ze słuchaczami rozwiązać tajemnicę. Zaskakująco stał się on bardzo popularny w Danii. Potem pojawił się Netflix. To było trudne, ponieważ tempo pracy było naprawdę szybkie. Musiałam cały tekst przekształcić pod serial i brałam udział w pracach produkcyjnych, ale musiałam zrezygnować z reżyserii. Było to nie do pogodzenia z pracami nad „Któryś jest w niebie”.

Znając obie te historie widzę, że istnieje jedank pewne połączenie między tymi dwoma projektami – dorastania i rozpoczynania nowego etapu. O czym będzie Twój kolejny film „Seal Women” (tytuł roboczy)? Czy możesz zdradzić coś więcej?

Opiera się on na pewnej legendzie z mitologii z Wysp Owczych. Mówi się, że gdy popełnisz samobójstwo przez utonięcie po śmierci zamieniasz się w fokę. Raz w roku te foki wracają na jeden dzień do swojego ludzkiego ciała. Pewien mężczyzna kradnie skórę takiej foki po transformacji od zmarłego człowieka i uniemożliwia tym samym ponowną przemianę. Jak się okazuje skóra należy do kobiety, która zupełnie nie pamiętając swojej przeszłości przed utonięciem, zaczyna budować z tym mężczyzną „normalne” życie na nowo. Zaczęłam się zastanawiać, jaka jest historia, czy on znał ją w przeszłości, czy ona znała jego, jak może wyglądać takie życie po śmierci i jaki ma to sens? W końcu był jakiś powód, dla którego kobieta chciała zakończyć swoje życie. Startujemy ze zdjęciami w przyszłym roku i będziemy kręcić na Wyspach Owczych. Nie mogę się doczekać.

 

Z Teą Lindeburg rozmawiała Kinga Kozaczka. Specjalne podziękowania dla Justyny Czarnej z Camerimage za umożliwienie rozmowy. Film „Któryś jest w niebie” dostępny jest na HBO Max, a serial „Równonoc” na Netflix.